RSS
 

I’m back

18 cze

Zaczęłam tytułem niczym ojciec Szustak ostatnio na youtubie. W sumie to tu poopowiadam, co ostatnio się zmieniło, a zmieniło się co niemiara. A potem przejdę do tego, co się nie zmieniło.

Co się zmieniło? Przepracowałam w ostatnim czasie najwięcej godzin w życiu. Poza tym co jakiś czas opiekowałam się synkiem koleżanki i coraz mniej boję się z nim zostawać. Na początku bałam się nawet iść do łazienki, żeby sobie czegoś w tym czasie nie zrobił, a przecież chłopak ma już ponad cztery lata, więc dziś, gdy usłyszałam z łazienki nagły trzask, nawet się nie przejęłam i spokojnie umyłam ręce. Oby nie przesadzić w drugą stronę.

Pracuję w budzie ze starymi gazetami i nowymi książkami i filmami. Wychodzi około 3/4 etatu. Jestem tam już ponad dwa miesiące, ale wkrótce odchodzę, bo nie wytrzymuję nerwowo z szefem, poza tym mam w lato wyjazdy, nie mam umowy i mało mi tam płacą (8 PLN na rękę). Szef jest człowiekiem nerwowym i gdy popełnię jakiś błąd (a popełniam, zwłaszcza na początku parę razy coś mi się pomyliło), a nawet gdy go nie popełnię (na przykład powiem, że potrzebuję chwilki na decyzję), robi się bardzo zły, złośliwy, gniewny i po prostu aż kipi tym gniewem. Zresztą już po pierwszym telefonie wyczułam w nim człowieka, który nie lubi ludzi. Mimo to zdecydowałam się i stanowczo nie żałuję. Przeżyłam tam mnóstwo ciekawych przygód, poznałam powierzchownie sporo ludzi, gadałam sobie swobodnie z wieloma klientami, uczyłam się (z sukcesami i porażkami) być odpowiedzialna, być miła i asertywna wobec kupujących, empatyczna i niezawodna wobec zmienniczki, która z kolei dla mnie jest bardzo dobra, obserwowałam sobie z bezpiecznego miejsca różne relacje i zachowania i odprężałam się przy powtarzalnych czynnościach – liczeniu, metkowaniu… Ciśnienie często mi rosło, ale były to bardzo nieosobiste wzrosty ciśnienia, jakbym była tylko sprzedawczynią, a nie Agnieszką. A poza tym, mimo że szef taki gniewny, to po pierwsze istniał głównie w kamerach, a po kolejne nie było zwykle problemu z czytaniem w wolnych chwilach, jedzeniem i piciem kawy i herbaty, przychodzeniem rano do 5 minut po czasie i wychodzeniem równo z końcem czasu. I najprzedewszystkim – byłam tam sama, sama w budzie, pół-schowana za ściankami.

Poza tym mam teraz robotę na kilka dni – uzupełniam pozwy sądowe nowymi danymi. Tam już są ludzie, ale na szczęście wkrótce to się skończy. Tyle to jeszcze mogę wytrzymać. A nie jest to łatwe, bo czasem trzeba gadać i prosić o pomoc, ale też nie takie trudne, jak mi się wydawało. No i nadal mam czasem korki z sąsiadem z góry.

W ten sposób mam gotówkę, ale niestety spora część idzie na gotowe jedzenie w czasie pracy. To bez sensu – wiem. Poza tym teraz mam dostać z budy ponad 1000, a z pozwów pewnie też przynajmniej 200, czyli najwięcej w moim życiu, a w ogóle tego nie traktuję jak bogactwo. Już widzę te wszystkie nagle objawione wydatki i podejrzewam, że nie starczy mi to na długo. A jakbym miała więcej, to też więcej bym musiała dawać, więc lipa z tym zarabianiem, ale konieczna lipa.

Co się nie zmieniło? Po pierwsze nadal rozpaczam i umieram ze strachu albo z poczucia winy kilkadziesiąt razy na dobę. Po drugie studia są nieogarnięte kompletnie i totalnie. Porządku w pokoju też nie ma. I w domu też nie.

Studia. Tak się boję! O co chodzi? O kilka rzeczy.

Po pierwsze ogun internetowy. Zaliczenie jest w środę o 17:10. Nic nie umiem. Mam wielkie braki w testach bieżących (zrobiłam tylko jeden na nie-wiem-ile) i przez to muszę mieć chyba ze 100% punktów. Jak nie, to przez ten ogun mogę nie zdać studiów chyba. Porażka totalna. I trzeba powiedzieć zmienniczce, że w środę nie mogę przyjść i czy w zamian mogę przyjść na cały czwartek czy coś takiego… Napisałam smsa. Dzięki temu blogowi odważyłam się już teraz to zrobić. A teraz drżę w oczekiwaniu na odpowiedź! Bo raz ta pani ode mnie czegoś chciała, a ja się nie zgodziłam, bo wmówiłam sobie, że nie mogę, a w sumie bym może mogła? A może nie? Chodziło o to, że już się zobowiązałam, że będę pisać pozwy i że powinnam robić jak najwięcej i jak najszybciej. Zmienniczka jeszcze milczy. A nawet gdybym była niezawodna, to i tak teraz bym drżała. Boję się strasznie.

Co jeszcze? Jeszcze egzamin z literatury najnowszej. Nie wiem nawet, kiedy egzaminuje profesor! Wiem tylko, że ma dyżur w tej sesji o 12.45 w tę środę. Potrzebowałabym jeszcze ewentualnie wpisu od dziekana, że mogę zdawać ten egzamin, bo na gębę już się zgodził. Muszę jutro zadzwonić do dziekanatu i spytać, kiedy egzaminuje ten profesor.

Zalegam z książkami w BUW-ie kilka dni.

I najgorsze, choć i powyższe straszne – MA G I S T E R K A. Szczerze pisząc – kompletnie zwątpiłam, że ją napiszę. Mój promotor chyba też. Chyba jest obrażony. Ostatnio nie odpowiedział na nieme powitanie – odwrócił głowę! Nawet nie zdążyłam nic powiedzieć! Jestem pewna, że jest urażony moim kilkumiesięcznym milczeniem i łamaniem umów terminowych! Boję się! Boję się iść do niego z pustymi rękami! Boję się każdej godziny, gdy mnie u niego nie ma. Może napiszę cokolwiek i pójdę – TEŻ W TĘ ŚRODĘ? A może – może… nie wiem. Wydaje mi się, że nie ma szans nagle na nic. Spokój. Spokój. Trzeba tak: dziś popiszę magisterkę. Jutro poniedziałek. Cały dzień w robotach, potem spotkanie z Kasią. We wtorek i środę oleję pozwy… Zmienniczka odpisała!!! Odpisała: ,,jak Ci wygodnie”. Przez chwilę poczułam dziki lęk, że to ironiczna uwaga, ale przecież to irracjonalne. To oznajmienie, żebym napisała, jak wolę. Wolę iść w samo południe do roboty, a nie na cały dzień, ale ona będzie zmęczona po całym dniu i musiałaby zaraz wstawać rano. Z drugiej strony nie chce, żeby jej zabierano godziny. Napiszę, jak wolę i powiem, że mogę się również dostosować. Ale i tak mam poczucie winy, bo nie mam zamiaru – bez względu na wszystko – przychodzić w środę na rano na kilka godzin.

Dobra – to tak. Jutro nic nie robię na studia, bo roboty i Kasia. Postaram się być szybka przy pozwach. I być tam najwcześniej, jak się da, i odpocząć wieczorem. We wtorek oleję pozwy i w środę też. W czwartek i piątek tam przyjdę, jeśli jeszcze będę potrzebna. Cały wtorek będę się uczyć albo pisać magisterkę… tyle że we wtorek o 16 mam jeszcze robotę.

A teraz? A dziś? Jest 21:04. 21:16, bo telefon. O, przypomniało mi się, że jeszcze ktoś dzwonił. Ale jak już pozałatwiam wszystko i odeprę wszystkie wymówki bądź im ulegnę – dziś chyba zajmę się w końcu tą magisterką. Bo co? Jak będę dziś miała choćby 1/4 rozdziału, to może jakimś cudem do środy będę miała cały? Nie wiem. Wątpię. No i nauka na zaliczenie oguna. I oby egzaminy u profesora były po środzie!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

25 mar

Nie wpiszę tytułu, bo ludzie źle siedzą w BUW-ie i wszystko widzą. Ale są cisi i jest ich dość mało, co jest cudowną informacją. Zatem zaczynam pisanie, bez zbędnego gadania. Otwieram plik w edytorze tekstu. O, jest nawet ukochany Word. Otwarty. Teraz wyciągam książki i otwieram tę, od której chcę zacząć notowanie. Otwarta. No to zaczynam pracę z tą książką i nie spocznę, póki nie skończę, zwłaszcza że mam tylko trochę ponad 13 krótkich stron tu do przeczytania. Po prostu zacznę notować, a potem zobaczę, co z tego wyjdzie. Amen. Start.

Wynotowałam wszystko, co chciałam stamtąd, a potem poszłam na duży, dobry obiad w promocyjnej, studenckiej cenie. Czasu, kurczę, coraz mniej. Teraz mogłabym ponotować z innej książki, ale nie wiem, z, kurczę, której. Może wezmę taką, z której już coś tam wynotowałam. Tylko pozmieniam trochę, żeby było ładniej. Boję się, bo czasu coraz mniej. Trudne zadanie. Ale zrobię tak: otworzę tę książkę. Otwarta. Otworzę zrobione już notatki, krótkie i brzydkie. Otwarte. To teraz powinno pójść bardzo szybko. Może zrobię tak, że, kurka, dam sobie na to jakiś zabawnie mały czas. Na przykład 20 minut. To musi starczyć całkowicie! Dobra, to czas do 15:07. Start. Start. Nie ma szans, nie zdążę. Ale to się wlecze żałośnie, a myślałam, że dam radę. Po drodze tyle trudności nawet nie jakichś potężnych, ale zatrzymujących jednak. I jak ja to zrobię, jak? Dobra, po prostu robię, aż zrobię. Zobaczymy, ile mi to czasu zajmie.

Ciągle jeszcze nie skończyłam, a minęło już ponad półtorej godziny. Mam jakiś okropny zastój i nie mogę się ruszyć. Głowa mi się zablokowała. Co robić? Może po prostu szybko skończę i pójdę na kawkę albo na czekoladkę. Chyba na kawkę. Nie mogę się zdecydować. A potem wrócę. Dobra, to tempo – ekspres. Nie mogę dać plamy, bo zrobiłam sama sobie takie wyzwanie na facebooku i chcę mu choć w połowie sprostać!

Od wielu minut czy może godzin zamiast pisać zadręczałam się sprawami, których i tak nie rozwiążę tu i teraz i jeszcze wciągnęłam w to mojego chłopaka. Życie wydało mi się w tej chwili zbyt trudne, żeby je w jakikolwiek sposób udźwignąć i wstydzę się tego, co zrobiłam. Teraz wszystkie moje zmartwienia wydają mi się raz głupie, a raz znów przychodzi mi na myśl kolejne zmartwienie i przestaję myśleć, a zaczynam panikować. Już stosunkowo długo utrzymywałam się na powierzchni, a teraz znów nierozwiązane problemy mnie przytłoczyły, a być może uznałabym je za głupie w innej chwili. Może to naprawdę nałóg i wymówka, gdy zawiodły wszystkie inne wymówki. Jak długo byłam na powierzchni – może półtorej doby. A teraz zostały niecałe dwie godziny do zamknięcia BUW-u, mam ochotę uciec gdzieś i płakać. Wstydzę się swojego zachowania i boję się przyjąć perspektywę mojego chłopaka, choć nie wierzę, by akurat tu miał rację, ale zaraz potem przypominam sobie jakieś teorie na temat odpowiedzialności mężczyzny za los rodziny i zaczynam wątpić. Nie wpisuję się chyba w żadne idealne ramy i boję się, że przez to skrzywdzę kogoś albo kilka osób. Przypominam też sobie, że i on ma prawo czuć nieracjonalne nawet rzeczy.

Trochę się wypisałam. Wstyd mnie po prostu rozrywa. I strach, że jak nadal taka będę, to albo mnie zostawi, albo – co wydaje mi się dużo gorsze – stanie się nieszczery, zamknięty w sobie, zdezorientowany, niechętny do spotkań lub oschły. Nie czuję współczucia, może czułabym je, gdyby nie ten okropny strach. Szkoda, że nie ma żadnych prostych, szybkich i pozbawionych cierpienia źródeł mądrości. Jakby takie źródło gdzieś było, to bardzo bym chciała do niego dotrzeć. Panicznie boję się – już nie pamiętam czego. Może odpuszczę. Może odpuszczę sobie teraz rozmyślanie. Nie mogę pogodzić się z tym, że czeka mnie jeszcze tyle trudów.  Chciałabym umieć się z tym pogodzić, to by sporo ułatwiło. Gdybym chociaż wiedziała, że na końcu musi czekać mnie coś dobrego. Ale nawet tego nie wiem.

Dobrze, popisałam sobie i ciągle nie odpuściłam nadziei, że gdzieś w końcu dotrę do źródeł mądrości i uspokoję się. I moje uczucia będą jak spokojna tafla jeziora nawet w najtrudniejszych chwilach. Albo i będą emocje, ale bez tego ciągłego lęku. Może inaczej naprawdę się nie da?

Może się nie da. Zostało bardzo już mało czasu. Jutro zamknięty BUW przed 15. Czyli teraz przez godzinę i 10 minut ponotuję prędko, a potem wypożyczę inne książki, a oddam te, których już nie potrzebuję. Tak właśnie zrobię, cóż. Będzie jeszcze dobrze. Trochę już jest.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Deszcz, tragedia, smutek i zadręczanie

18 mar

Lodówka nasza jest zepsuta. Poza tym męczą mnie tak niesamowite rzeczy, że nie umiem nawet stwierdzić, które nadają się do tego, żeby o nich pomyśleć i jakoś je zmóc. Można się wykończyć. Jak Wy, ludzie, żyjecie mimo codziennych potencjalnych zmartwień, które przytłaczają, mimo że dla obserwatora z boku mogą się wydać pierzem łabędzim?

Może mało kto umie żyć i po prostu żyjemy wszyscy, jak umiemy. Mamy te nasze mózgi, te nasze oczy, które widzą – na cóż nam to! – przeszłość i przyszłość, a nawet starają się dociec sekretów wieczności. I mamy tych fantastycznych couchów albo terapeutów, którzy pomagają nam poskładać się w całość. Ale kto może naprawdę czuć się całością dziś w Warszawie? Nawet ja – wielki leń – czuję wokół pęd, a w sobie niepokój. I zaraz będzie trzeba ruszać w życie z bezpiecznej cieplarni BUW-u.

A teraz siedzę w bezpiecznym jeszcze mieszkaniu, za które sama nie płacę. Mam 24 lata i żyję na koszt mamy i taty. Jeszcze chronią mnie studia przed ostateczną społeczną nagonką. Dobrze, że jesteśmy społeczeństwem i że ustalamy granice sprawiedliwości, choć z grubsza. Dobrze, że jednak mamy w sobie kompasy na ogół i że nie mordujemy, jeśli nie zajmujemy się polityką. Współczuję politykom. Muszą znosić wielkie naciski i noszą na sobie odpowiedzialność i oczy całego kraju i świata. Biedni ludzie. Szkoda, że nie są lepsi od reszty. Chyba bardzo tego chciałam, a teraz widzę, jakie to było bezsensowne. Może stąd to uwielbienie dla królów dawno temu. Choć i teraz, gdy z powodów zewnętrznych zainteresowałam się minimalnie tym dziwacznym światem, który rządzi pieniędzmi i sposobem życia ludzi, szukam wśród nich kogoś godnego podziwu.

Nigdy bym nie pomyślała, że będę słuchać o gospodarce z własnej woli. Dobrze, że mam siebie i że wszystko sobie uroczo układam według swoich upodobań, czyli że drążę temat na sposób idealistyczno-marzycielsko-łączący-wielość-w-jedność.

Ale po co tu weszłam? To chyba jasne. Znów mam na gardle nożysko. Ale jeszcze jedna myśl – chyba jedyne, co może ocalić każdego z osobna to relacje, które zakładają totalną (na miarę możliwości niestety) akceptację siebie i drugiej strony, która jest punktem wyjścia do maksymalnych starań dla siebie nawzajem. Poza tym – kontynuuję moją słodką receptę – a może przede wszystkim – dobrze by było odwołać się do Boga jako do Absolutnego Dobra i Osoby, która kocha i jest sprawiedliwa i wierzyć w Niego. Ale to by nie musiało oznaczać wcale szczęścia chyba. Ale może oznaczałoby jakąś całość. Dawno, dawno, dawno nie pokusiłam się o tak daleko idącą TEORIĘ i dawno, dawno chyba nie byłam dalej od wprowadzenia jej w życie. Choć ogólnie czuję się lepiej niż kiedyś, może dzięki fantastycznym terapeutom, couchom, Warszawie…

Boję się bardzo kolejnej nocy i kolejnego świtu. Przez zmartwienia nie umiem działać i przyzwyczajam się do tego, i jeszcze bardziej nie umiem działać. A jednocześnie koniec studiów, a jednocześnie – o kurki! – chcę już w końcu mieć pracę. Boję się. Bardzo się boję. Boję się zacząć pisać ten rozdział. Nie zacznę, nie ma mowy. Zrobię o tak: nie zacznę. Weszłam tu, żeby zacząć, ale nie zacznę. Nie ma takiej opcji. Wiem, co zrobię. Zrobię o tak: nie zacznę, posprzątam w pokoju i w domu (jestem teraz tym typowym studentem piszącym magisterkę), a potem pojadę do domu mojego chłopaka – nie bójmy się tego słowa. A w drodze zacznę czytać i podkreślać w książce, i pisać na marginesach notatki. U niego wszystko przepiszę na komputer. A teraz nie zacznę – nie ma mowy! A jak zacznę – to radość i pieśń. A teraz nagle zaczął mi się nastrój jakiś deszczowy i spokojny, choć od razu szturm wielu lęków. Ale obok porządków, na które coraz mniej czasu, jeszcze może się pomodlę i może upiekę babeczki. Tyle mogę teraz zrobić w stronę gotowej magisterki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bagno

28 lut

Budzę się kolejny raz i kolejny raz myślę: ,,może to dziś stanie się cud i moje problemy znikną”. To myślenie tak mylne i nieproduktywne, że głowa mała. Ale budzę się, chwilę cieszę się, że słońce, a potem TRACH i zwalają się te wszystkie sprawy, których nie mogę rozpracować myśleniem, a które męczą mnie jak gryzące robactwo. Nie mogę ich też rozwiązać działaniem ani rozmową. Ale może za mało próbuję. Nie jeden raz i nie dwa słyszałam, że za dużo myślę, a za mało robię. Bardzo to wkurzające, ale może kiedyś coś z tego wyniosę dobrego.

Teraz jestem jak sparaliżowana. A niedługo mam wyjść. A mam ochotę rzucić to wszystko i zrobić minimum minimum, a potem płakać, że za dużo naraz. Nie mogę się zebrać do działania, gdy nie ma bezpośredniego przymusu. Udaję, że wcale się nie pali wszystko wokół, dopóki nie poczuję płomieni. He, he.

Mam ochotę rzucić to wszystko i wyjechać nad morze. A nad morzem nie byłabym wcale sama – o nie! Byłoby o tak nad morzem: mieszkałabym sama w małej chatce blisko brzegu. To poza sezonem, więc ludzi jak na lekarstwo, szczególnie że ogólnie byłoby to odludne miejsce. W innej chatce w sporej odległości od mojej, gdy iść brzegiem morza, mieszkałby nauczyciel, któremu bym płaciła. On by ze mną siedział godzinami i mi pokazywał palcem odkąd dokąd mam wszystko zrobić. Zajmowałabym się nauką i jakąś pracą związaną z pisaniem. A on by mnie motywował, ale nie jako jakaś bliska osoba, ale jako opłacony pracownik.

Co wynika z tego krótkiego powyższego marzenia, które – jak nigdy chyba – aż tak skupia się na pieniądzach? To wynika, że trenerzy osobiści mają czego szukać na rynku. Jestem jedną z wielu żałosnych postaci, które nie potrafią znaleźć siły woli i motywacji do jakiegokolwiek działania. Dlaczego tak jest? W moim przypadku dlatego, że mnie nieustannie podgryzają problemy, że się boję panicznie krytyki i braku akceptacji i że nienawidzę dyscypliny, choćby to była samodyscyplina. Znerwicowana, niespokojna, przerażona. Co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej?

Co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej? Nie wiem. Ledwo się na moment odprężam, uspokajam, już przychodzą problemy, z których każde wyjście jest fatalne, a których nie umiem zignorować. Nie ma chyba wyjścia poza samym życiem i czekaniem na te przymusy, które mnie same popchną do działań. Nie umiem sama zacząć, bo problemy. Mam wrażenie, że tak już zdzidziałam, tak się rozleniwiłam, że każdą pracę będę traktować jak gwałt sobie zadany. Ale może się przyzwyczaję, jest taka nadzieja. Po prostu nie ucieknę przed ucieczkami i szukaniem nieświadomym sposobów na przedłużanie bezczynności.

Dobra, nie po to tu weszłam. Ogólnie nie mam dużo do zrobienia, ale i te kilka drobiazgów zdają się nie do przejścia. Strach mnie przytłacza przed najmniejszym działaniem. Jakieś wewnętrzne przymusy szarpią mną bez mojej woli. Jestem ogromną marudą, a i tak pisanie tu o tym jest jakimś postępem wobec nicnierobienia. Mam wrażenie, że gdy oddam się pracy, człowiekowi, odprężeniu, problemy mnie tymczasem zjedzą, strawią i wydalą jako innego człowieka, którego nie poznam.

Ale widzę nareszcie – znowu – brak logiki. Przecież mnie nie zjedzą. Skoro nie wiem, jak je rozwiązać, mogę je na moment zostawić same. Okej. Skoro już to wiem, to napiszę tu o tych kilku czynnościach, które zdążę wykonać przed wyjściem z domu, choć najchętniej bym z tego domu nie wychodziła. Ale zobowiązałam się już, nie mogę tu zostać. Jak to niedobrze! Chciałabym zwinąć się w kulkę pod kołdrą i kocem, ale tam też będę ze sobą i też będzie tak strasznie. Zatem to też brak logiki, żeby szukać ucieczki w łóżku.

Teraz została mi ponad godzina do wyjścia. PORZUCAM na razie problemy. O – zapiszę je w pamiętniku, to ponoć dobry sposób. Choćby kilku słowami. Zapisałam. To co teraz? Teraz nie wiem. Chciałabym się gdzieś schować i tyle… Dobra, zrobiłam jedną rzecz i cała się spociłam. A nawet nie wstałam od komputera. Po prostu napisałam do pani profesor, choć od tego nie zależy nic związanego z być-albo-nie być na uczelni. To może z rozpędu napiszę do dwóch innych pań profesor. Napisałam. Zajęło mi to tradycyjnie pewnie mniej niż trzy minuty, a jeszcze się nie nauczyłam, żeby robić takie rzeczy bez lęku.

Teraz zrobię kolejne rzeczy, tym razem wymagające wstania od komputera. Najpierw może co? Może nie wiem. Kurczę. Boję się nadal i nie umiem przestać. Dlaczego tak jest? Czemu ciągle się boję? Dobra, mimo wszystko po prostu pozałatwiam inne sprawy i tyle. Ale, pisząc tu, czuję się, jakbym trzymała za rękę kogoś bliskiego. I teraz mam ją puścić i iść w straszny świat. Coraz bardziej się boję tych momentów. Przy rozstaniach z bliskimi, przyjaciółkami i znajomymi odczuwam silny strach. Teraz nawet przy pisaniu na blogu. Ale zrobię to. Zrobię to. Zrobię to. Idę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kurka pieczona na głębokim tłuszczu

23 lut

To piękne, że mogę sobie tu wymyślać tytuły, jakie mi się podobają i wrzucać w sieć. Fantastyczne.

Jestem niedojrzałą, niepoprawną, niedorosłą psychicznie czy emocjonalnie, sproblemowaną, niespokojną osobą. Być może nikt nie będzie w stanie wytrzymać długo z kimś takim, zwłaszcza że część ludzi z miejsca sama odrzucam. A powodem jest: patrz wyżej. Nawet nie oni sami. W końcu jak się kimś interesuję, to dlatego, że mnie zainteresował wieloma rzeczami i mnie nimi pociągnął.

Kurka pieczona. Taki mały wstęp dla częściowego choćby rozładowania napięcia. I tak to napięcie pozostanie, bo znów męczy nie jakaś sprawka. Ale postanawiam coś robić – wyjątkowo – mimo tego napięcia i mimo braku bardzo bezpośrednich zagrożeń.

Zatem: nauka. Egzaminy. Magisterka. Praca. Wspaniale.

Dobra: co trzeba:

* jutro poprosić o dopisanie żetonów w dziekanacie,

* poszukać oguna dla siebie,

* ogarnąć przywrócenie pierwszego terminu z językoznawstwa lub od razu umówić się na drugi,

* ogarnąć inne terminy egzaminów i zaliczenia.

To pierwsze, najważniejsze rzeczy. A dopiero po nich, po sesji – zajmę się pisaniem kolejnego rozdziału magisterki. Czyli na razie ten tydzień nie będzie w ogóle związany z moją drogą magisterką, chyba że w przerwach (buachacha!). Teraz intensywna nauka do egzaminów i zaliczenia. Jest czas. Jest moc. Jeszcze tydzień został. Trzeba wszystkiego się nauczyć. Jutro co zrobię? Jutro zrobię to: polecę po te żetony, a potem będę miała ile czasu? Będę miała potem prawdopodobnie ok. trzy godziny, żeby czegoś już się uczyć, robiąc kurka notatki. Może tego @#%#@&%& językoznawstwa. Jak ja mogę tak o tym myśleć? Przecież naprawdę uwielbiam język polski. Po prostu część rzeczy w języku polskim jest naprawdę trudna. A językoznawstwo dotyczy nie tylko języka polskiego, na dodatek. To może jutro spróbuję choć notatki językoznawcze doczytać do końca, sprawdzając terminy nieznane. Będę na terenie uniweru, więc będę mogła co robić? Korzystać z innych książek, które może coś rozjaśnią. Planuję być obkuta. Okej, napracowałam się. Teraz przerwa. Haha! Teraz śmiech, jutro płacz, a to heca! Przerwa, a potem może skubnę już tego językoznawstwa albo może choć coś z literatury.’

A praca? Praca. Pracy chcę poszukać. Kiedy? Jak oddam kolejny rozdział? Nie. Tuż po sesji. Będę miała wówczas, jeśli wszystko dobrze pójdzie, of course, tylko właściwie seminarium, oguny (tym razem jak najprostsze i jak najmniej wymagające) i to tyle, bo obok tego jeden nieobowiązkowy wykład z prowadzącą, do której mam słabość, bo jest taka nieogarnięta i miła, i nieśmiała, i śmiała, i w ogóle cudowna. Zatem reszta dni wolnych jak ptaki, a nie wierzę, że w tym czasie będę tylko pisać magisterkę albo szukać inspirujących zajęć. W tym czasie bym prawdopodobnie na zmianę spała, bawiła się i płakała.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

29 sty

Nie wprowadzam tradycyjnie tytułu, gdyż zasiadłam w BUW-ie. Dziś wyjątkowy dzień. Zasnęłam koło 3.30 = sukces. Wstałam po 10 (ale przedtem pobudka na trochę po 8) i pojechałam zaliczać ćwiczenia. Nie mogłam znaleźć sali z panią od ćwiczeń, więc spóźniłam się 10 minut. Dlatego musiałam czekać kolejną godzinę. I bardzo dobrze. Tylko dzięki temu nauczyłam się na pamięć kilkudziesięciu dat, nazw i nazwisk. Bez tego byłoby krucho, bo umiałam tylko inne rzeczy, a pani od ćwiczeń zależało głównie na tych datach i nazwach, i nazwiskach.

Potem poszłam do BUW-u. Po spaghetti uznałam, że zrobię plan działania i przejdę się po ogrodzie, bo do otwarcia biblioteki pozostała godzina. Znalazłam zamarznięty staw. Zbadałam trwałość lodu i ślizgałam się może 10 minut. Było przyjemnie, choć bez szału, gdyż cały czas ostatnio wisi nade mną przynajmniej jedna chmura deszczowa – czarna i zimna. I wtedy nadszedł ochroniarz. Powiedział: ,,nie wolno”. Powiedział: ,,a co by było, gdyby pani wpadła do wody?”. Zawstydziłam się i odpowiedziałam coś niby zabawnego i bezczelnego. Byłam tak bardzo zawstydzona. Tak strasznie zawstydzona. Powiedział, że zobaczyli mnie na kamerze. Tak bardzo zawstydzona. Odeszłam stamtąd. Gdy wchodziłam do biblioteki, inny ochroniarz rzekł w przestrzeń: ,,Komuś było życie niemiłe?” I wszystko byłoby w porządku, wszystko byłoby umiarkowanie fantastycznie, gdyby nie ona – młoda, nowa ochroniarka, która zaczęła się głośno śmiać. Jej śmiech gonił mnie, gdy powoli wspinałam się na schody prowadzące do krainy bezrobocia i wiedzy. Mężczyźni niech sobie robią ze mnie żarty aż do bezmiaru moich klęsk, ale nie młode kobiety! Nie one! Głupio mi tylko, że zrobiłam im kłopot.

A teraz siedzę tu i marznę, bo kurka ktoś tu nie pomyślał o ogrzewaniu. Długo tak nie pociągnę. Trzeba teraz realizować plan, który przygotowałam sobie przed akcją z lodem. Czyli chcę prędko opracować (jak ja tego dokonam, gdy tego tak dużo?) przynajmniej 11 punktów z listy na egzamin. Łącznie ich jest chyba 33. Więc dziś 11 chociaż, choć może się uda więcej, jeśli tempo będzie odpowiednie, czyli trochę szalone, jak w noc przed egzaminem. Ale w tym roku nie mogę sobie na to pozwolić, bo muszę jeszcze być zdrowa i gotowa na korki z nową dziewczyną i na kolejne egzaminy, i na naukę do nich. Dobra, otworzę wszystko, co jest mi potrzebne. Otworzyłam i robię te punkty, choć jeden z nich zajmuje mi już mnóstwo czasu, a inny zajmie prawdopodobnie dużo więcej. Pięknie. Ale dobrze i tak, że robię to teraz, a nie za dwa dni w nocy!

Jest mi ciepło i dobrze. Piszę nadal. Ale jestem przerażona, bo opracowuję (czyli korzystam z czyjegoś opracowania) dopiero drugi punkt. Ja nie wiem, jak to ma być z 11 punktami dziś. Ja się poddaję. Nie wiem, co mam robić. I jeszcze mój egzaminator ponoć chyba lubi oryginalne utwory obowiązkowych twórców. Super. Co zrobię? Zrobię to dalej i poszukam z jednego mniej znanego wiersza.

O, 3.02, w godzinach 10.00-13.00, będzie na wydziale profesor Potkański. Muszę się do niego wybrać wtedy lub może wcześniej, jeśli mi się uda, lub może napisać maila, jeśli się odważę, żeby spytać, czy przeegzaminuje mnie 10.02. Wtedy bym miała to za sobą i nie musiała już się szykować na sesję poprawkową – tyle by wygrać!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Historia się powtarza i będzie się powtarzać aż do zmiany z zewnątrz typu śmierć, cud, konieczność, wpływ akceptującego człowieka lub sytuacja zwana życiowym doświadczeniem pielęgnującym dojrzałość, bo moje prywatne boje są nieskuteczne.

17 sty

Jest noc poniedziałek-wtorek. Jest 1.36. Mam kilka godzin, żeby streścić kilkadziesiąt stron. Ostatnio się udało ostatecznie, ale skończyłam dopiero koło 19 następnego dnia, po może dwóch godzinach snu. Mam silną ochotę się poddać. Nie mam sił psychicznych, czuję się chora i słaba. Naprawdę nie umiem zacząć. Kurczę. I co ja zrobię? Bez woli, co ja zrobię? Co ja zrobię?

Może zrobię jakoś głupio i naokoło. Wiem. Zrobię głupio i naokoło. Jedną stronę będę czytać kurczę przez max. 3 minuty i potem brzydko spiszę ewentualnie coś, ewentualnie nic. Serio? Serio. A jak zrobię się mocno senna, po prostu się położę, wstanę i zrobię jutro. Olać, że jutro i że to oznacza, że pewnie promotor mnie zje.

Dobra, ja wymiękłam do reszty. 2:31, nie zaczęłam nawet. Jutro wstanę powiedzmy o tej 11 i będę dłubać cały dzień, pojadę do BUW-u albo zostanę w domu i będę dłubać. Tak. Na pewno. A jeśli nie, to nic, to po prostu porażka, bywa i tak, że się ponosi życiową porażkę. Zaraz ostatnia sesja w życiu czy tam przedostatnia, kurczę, zapomniałam o letniej. A potem kurczę ŻYCIE. Super. JUTRO spróbuję metody: trzy minuty, nie więcej, i streszczanie. Nie dziś.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dobra. Tak to już jest i prawdopodobnie już będzie, choć kto wie, czy nie polubię dobrej zmiany?

10 sty

Tak to jest: 2:37. Mam 4 godziny, żeby streścić 26 stron. Dla mnie bomba. Dla mnie zadanie wręcz niewykonalne. Potem mam jeszcze trzy godziny na przypisy i poprawki. Musiało do tego dojść, żebym ruszyła mózg, mniejsza o przyczyny tego żałosnego stanu rzeczy, w którym ,,motywacja wewnętrzna” z jakiegoś powodu śpi. Może śpi tak we wszystkich dziedzinach mojego życia, bo za bardzo boję się kary za porażkę. Wcale nie nielogiczne.

Ale stop, stop!

Co chcę zrobić? Pracować bez ustanku, bo to już ostatni sprint! Zatem teraz zbuduję w sobie możliwie najbardziej atrakcyjne wizje dotyczące przyszłości. Bez tej klawiatury i bez długopisu ja bym nie przetrwała nawet odrobinę. Umarłabym. Wizja przyszłości: dziś w nocy napiszę pracę i zasnę, jutro wstanę i posprzątam, radośnie słuchając muzyki, pośpiewując może, jeśli nikogo w domu. Potem albo spotkam się w tym domu z jedną osobą i będziemy sobie wspólnie świętować mój sukces – wysłanie pracy – albo z drugą osobą – z nią to samo, albo z trzecią osobą – z nią także. Albo – jeśli żaden człowiek nie będzie wolny i chętny – obejrzę sobie jakiś ładny film, zadowolona, spokojna, bez myśli, które powodują niepokój, w tym bez myśli o terminie odesłania pracy.

Teraz zaczynają się te cztery godziny na streszczenie 26 stron. Byle jak, szybko, prędko, bez refleksji. Tylko 4 godziny! Tyle chyba mogę się postarać!

Kurczę! Niechcący już teraz prawie całkowicie posprzątałam w pokoju. Chyba jeszcze nigdy nie wydało mi się to tak łatwe i przyjemne. Pozostały trzy godziny i 43 minuty. Dobra, już, już, już! Dobra, trzeba teraz kurczę działać sprytnie, skoro to sytuacja ,,nóż na gardle”. Jak? Jak streszczę do końca rozdział – a zostało naprawdę mało – to obejrzę sobie jeden-dwa filmiki na youtube. Jakieś ładne piosenki z koncertów, piosenki śliczne, aktorskie, poetyckie, dźwięczne, musicalowe może. Całe dwa filmiki! Ale to trzeba najpierw co? Najpierw przelecieć do końca ten rozdział. Dobra, mam ten fragmencik JAKOŚ. Oczywiście mam pełne przekonanie o totalnej klęsce w tym, co ja wyciągnęłam z tego rozdziału. Już nawet nie czuję, czy poprawnie piszę. Jest 4:23. Jakie to kretyńsko typowe. Ale to nie szkodzi. Zaraz coś zjem, posłucham piosenek MIMO WSZYSTKO, a potem pozostałe strony. Ile ich? 22. Będę pędzić przez nie. Ale tęsknię do jakiegoś ładu, który by tak wyglądał: nie mam zmartwień związanych z życiem, piszę po nocach arcydzieła, ale kończę przed 2:00 i się wysypiam. Ale co mi po takim życiu? Samotność i trwoga przetykane zachwytami jak złotą nicią.

O, 4:52, czyli na te 22 strony, bez przerw być może, mam zaledwo dwie godziny. Uda się. Przelecę szybko, zanotuję, co ważne i tyle mnie widziano.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Stało się

08 sty

Stało się. Stało się to, co stać się MUSIAŁO. Musiało, do jasnej anielki. Jest końcówka niedzieli. Powinnam teraz, a najpóźniej we wtorek o 15, wysyłać skończony rozdział. Jestem ostro przeziębiona. Siedzę, a jakbym płynęła w orszaku późno-jesiennych liści, na ciepłym, ale niepokojącym powiewie. Zimno mi jednak. Założę drugą parę skarpet.

Jedyną moją cholerną szansą na przetrwanie jest zaczęcie nareszcie pracy. Nie otworzę – o nie – dotychczasowego mojego dorobku. Otworzę nowy plik w Wordzie i tam napiszę kolejny podrozdział. Mam kurka nowy plik. Czego mi jeszcze kurka trzeba? Wiadomo – zacząć kurka notować. Mimo kurka powiewu niepokojącego i chłodnego ostatecznie, mimo gór i dolin wykorzystanych chust papierowych, nad którymi unoszę się ja – z nosem jak sygnalizacja świetlna, ale gdy mówi ,,stop!”.

Dobra, dziś chcę mieć trzy kurka strony. Optymistycznie zakładam, ze jutro to samo, a wiadomo, jak to u mnie działa – jak napiszę już jedne trzy strony, to okupię to takim nieznośnym wysiłkiem, że będę musiała wypoczywać kolejny miesiąc. Od razu albo wcale mogę to napisać. Ale minimum na dziś to i tak trzy strony. A jak zmniejszyć ten kretyńsko natężony wysiłek, żeby zachować siły na jutro?

Może tak – będę pisać kompletnie na odwal się, a potem poprawiać. Skłania może sobie leżeć, kurka, BYLE BYŁO. Mogą być powtórzenia, BYLE BYŁO. Tak? Tak. Dobra. A jak czegoś nie będę rozumieć i nie będę umiała długo zrozumieć, to OLEWAM I IDĘ DALEJ. Najwyżej pominę jeden mały aspekt, ale nadal omówię wiele innych! Streszczę wiele innych.

Okej, tak przygotowana, PRÓBUJĘ ZACZĄĆ. Kurczę, kurczę!!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Aha

02 sty

Właśnie sobie zdałam sprawę z tego, że czeka mnie mnóstwo pracy w tym tygodniu. Fantastycznie. Jeszcze nie zaczęłam kończyć rozdziału. Od jutra chcę zamieszkać w BUW-ie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii