RSS
 

1… 2… 3…

02 paź

Odliczanie wsteczne.

Wszystko wsteczne i wszeteczne. Czemu? Bo nie inaczej. Już późno, nie wiem. Boję się nadal. Pewnie nigdy nie przestanę. Może to lenistwo – kto wie. Może co drugi burak ma podobnie pogmatwane WSZYSTKO. Chciałabym być teraz spokojna, ale jednocześnie mam ochotę krzyczeć. Chciałabym zdołać usnąć tej nocy. Mam wrażenie, że jeszcze chwila i po prostu pęknę, że już psychika mi włazi na fizykę czy jak to tam się zwie. Nie mam pomysłu, jak się uspokoić. Czego nie próbuję – to zawodzi. Boli mnie coraz mocniej brzuch. Nakręcam się, a może mogłabym tego nie robić. Ale czy się nakręcam, czy nie – jest bardzo podobnie – jeden pies.

Tak – taki jest właśnie teraz stan tzw. ducha mojego. I ciała.

Boję się dosłownie wszystkiego. Nie ma rzeczy, której bym się nie bała chyba. Może nie boję się komputera o dziwo. Dobra. Plan jest taki.

Myję głowę. Potem idę do łóżka. Modlę się. Potem czytam książkę sobie do snu i czytam, aż będę bardzo senna. Potem gaszę lampkę i usypiam. A jak się rozbudzę albo nie zasnę, znów czytam. A budzik nastawiam na 10! Tak! Najwyżej wstanę wcześniej, ale muszę wreszcie się wyspać! Spóźnię się wtedy tylko godzinę, może nawet niecałą… Okej, mogę zaczynać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

[Dowolny wulgaryzm]

18 wrz

Mam ochotę coś rozwalić, nie radzę sobie z emocjami. Jest piękny zachód słońca, a we mnie wciąż na nowo ożywają paskudne wspomnienia z dawnych lat i nie umiem się zdystansować. Cały dzień dziergam szalik na drutach i oglądam filmiki Szustaka na youtube, poza tym kolejny raz przesłuchałam pierwszą część ,,Opowieści z Narnii”. I tak jest lepiej niż wczoraj, kiedy to plamki krwi na klatce schodowej, krzyki sąsiadów i wezwanie policji tylko poprawiły mi humor, bo wreszcie trzęsłam się i płakałam z innego powodu.

Marzę o wyjeździe w miejsce tak piękne, jak ten zachód słońca, a jednocześnie siedzę w tym pokoju. Nie musiałam iść dziś do pracy. Nie poszłam do psychiatry po leki, a chyba powinnam. Teraz jeszcze bardziej rozpaczliwie niż zazwyczaj pragnę, żeby się ogarnąć.

Dostałam wymarzoną pracę. Mam pisać artykuły na prawie dowolne tematy spod ciepłego kocyka i dostawać za każdy 60 zł. No i co z tego, skoro już straciłam motywację? Podałam propozycje artykułów i wszystkie odrzucono. Nie potrafię zebrać się w sobie, żeby zajrzeć do umowy, podpisać papiery i poszukać nowych tematów, a czas mija. Kolejny dzień mija. Nie umiem, po prostu nie umiem i bardzo się boję. Tak bardzo chcę stąd już uciec, a nie umiem. Każdy grosz się przyda w wielkiej ucieczce, ale nie umiem!!! Z jednej pracy powinnam dostać 600 zł, od przyjaciółki zwrot 300 zł, mam teraz 200 zł, zaraz moje urodziny, więc spodziewam się od rodziców łącznie 300 zł. Razem to daje 1400 zł, jeśli wszyscy wszystko oddadzą albo ofiarują. Jeśli powstrzymam się od nieustannego kupowania ciastek, jedzenia na mieście i wina, a przy tym nadal będę pracować, to może pod koniec października nadal będę miała 1400 zł. Powinnam zrobić coś, żeby mieć dwa razy tyle, po czym wyprowadzić się z początkiem listopada. Ew. spróbować się wyprowadzić z 1400 zł i stałą pracą o dobrych zarobkach. W listopadzie wynajem będzie tańszy ze względu na koniec poszukiwań mieszkania przez studentów. Ale miałam jeszcze w planach jedną drogą wycieczkę i być może z niej nie zrezygnuję – niestety. Skoro tak, to – o zgrozo – powinnam zacząć dużo zarabiać albo jednak zrezygnować.

Rozstraja mnie to. Zalążek chaosu i już nic nie umiem zrobić. Dobra, ale mogę poszukać tych tematów. O tak. Ale może przyjaciółka dziś pije w pubie i mogę się dołączyć? Spytam. Nie odbiera. Ciekawe. Dobra, ale te tematy. Serio można by chociaż spróbować. Jak się nie uda, to trudno. Poza tym chcę stałej, dobrze płatnej pracy na 3/4 etatu albo 1/2 etatu. Zaczęła boleć mnie głowa. Przykro mi, że i do wymarzonej pracy muszę tutaj się motywować. Ale to tak: dopieściłam CV, zrobiłam nowe zdjęcie, powysyłałam malie z prośbą o pracę, pogadałam z kilkoma ludźmi, którzy się odezwali, a z tymi, którzy mi się najbardziej podobają nawet dłużej. To wszystko – na przemian z porządkami -  zrobiłam. Byłam dwa może dni sama w domu i to zrobiłam. Czemu by teraz nie poszukać tematów i jeszcze jednej pracy, która by mi odpowiadała? O, już mam pomysł na pierwszy temat. I na drugi. Ale na razie niedopieszczone. Może znajdę trzeci? Chyba musiałabym poczytać stronę, na której mam pisać, a nie umiem na to się zdobyć. Nie wiem czemu. Kurczę. Poczytałabym w pubie, gdzie pije może moja przyjaciółka. Albo gdziekolwiek, tu nie umiem, mimo że to proste artykuły. Chyba się boję przemiany myślenia co do moich artykułów. Nie wiem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wiecie, co?

29 sie

To się wszystko robi tragiczne, już nawet nie tragikomiczne. Nie będę opisywać wszystkiego. Ale mam jeden cel – chcę się wreszcie wynieść ,,na własne”. Magisterki nie napisałam na czas. Co za zaskok. Całe życie sama się zaskakuję. Będzie trzeba napisać do promotora. Najlepiej dziś, bo jak nie dziś, to wieczne jutro.

Poza tym wróciłam właśnie z kolejnej mojej Famy (nie dostałam żadnej nagrody, która by umożliwiła mi realizację planu wyprowadzki natychmiast). Wróciłam i mam chodzić nadal do pracy po znajomości na ok. 3/4 etatu, do kancelarii adwokackiej. Od jutra. Poza tym mam szukać pracy i pisać magisterkę, o ile jest jakaś szansa, że ją obronię. Poza tym może będę musiała też chodzić na jakieś seminarium i za to zapłacić 600-1200 zł albo więcej.

W sumie sytuacja stabilna. Mogę rozejrzeć się po rynku i znaleźć coś, co pomoże mi jednocześnie przetrwać i oszczędzać. Na pewno nie chcę już mieszkać w rodzinnym mieszkanku, mimo że to wygodne.

Kurka pieczona. Napisać do promotora? Ale co? Nie, zacznę od wywiadu na własną rękę, jak wygląda moja sytuacja, gdy nie napisałam i nie obroniłam od razu.

To pierwsza rzecz do zrobienia w tym męczącym  mimo-wszystko-chaosie. Druga to chodzić do kancelarii. Trzecia to szukać pracy. Czwarta to pisać magisterkę.

Nie mam siły na żadną z tych rzeczy. Nie mam siły nawet napisać smsa do pracy, że będę od jutra. Dobra, tyle to zrobię. Zrobiłam.

Ale na więcej naprawdę nie mam zupełnie siły. Nie wiem, jak spędzę resztę tego dnia, bo nie chcę nic robić. Czuję się, jak zamknięta w jakimś więzieniu i nie mam dostępu do swobodnego poruszania się po mieście i świecie. Zamknięta w pokoju. Zamknięta w trybie dnia i w zobowiązaniach towarzyskich. Nie stać mnie na minimum szaleństwa, na przykład na samotny spacer. Zresztą nie mam nawet siły.

Ledwo wróciłam i już bym jechała gdzieś znowu – daleko.

Mogłabym w sumie pograć w Simsy, gdyby można je było zainstalować, ale po pierwsze pewnie bym straciła zainteresowanie przy tworzeniu postaci, a po drugie jakbym nie straciła, to bym siedziała przed komputerem do 3 w nocy i rano była nieprzytomna, a potem chora.

Czy naprawdę musi być tak paskudnie od a do z? Mam przyjaciół, ale czuję się coraz gorzej sama ze sobą. Nic nie pomogło dotąd z działań naprawczych – terapia, praca z gazetami i w kancelarii, myślenie, założenie zeszytu, mazanie w nim flamastrami, czytanie książek psychologicznych, modlitwa, spowiedź, wyjazdy do świętego miejsca na polskiej mapie.

Nadal wygórowane oczekiwania, mało motywacji i siły i nadal – mimo relacji z wieloma kochanymi osobami – straszna samotność.

Jak miło ponarzekać. Co teraz? No to może nie wiem. Rozejrzę się w czasie na obronę magisterki? Poszukam pracy? Tak, te dwie rzeczy mogę porobić przed snem, a tego czasu już w sumie niewiele, skoro jutro chcę być w kancelarii o nieludzkiej 10. I jeszcze planuję spóźnić się 3 minuty. 9:39 autobus. Czyli trzeba wyjść o 9:30. Nie jest źle. Nie jest źle! Trzeba wstać nawet i o 9, jak dziś umyję łeb. Mam sporo czasu do snu.

No to obrona magisterki. Trzeba poszukać. Dobra. Mam dwa lata na wznowienie studiów i zapłacę od 20 do 1400 zł. Gorszą sprawą jest ponowne odezwanie się do promotora. Albo inna opcja mi się jawi na ekranie – że mam czas na złożenie aż do miesiąca przed planowanym końcem studiów. A kiedy on jest? Chyba za jeden dzień. Już trwa sesja poprawkowa, więc pojutrze mogę zadzwonić do dziekanatu i podpytać o szczegóły. Ok, plan jest.

Szukanie pracy – zaraz – to nawet przyjemne. A tymczasem sprawdzę, czy uda mi się w ciągu weekendu pojechać kiedyś – gdy już będę miała pracę stałą – nad morze. Da się. Cała sobota i ponad pół niedzieli nad morzem – w Gdyni.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Na morza dnie…

10 sie

Jak to się układa w moim życiu obecnie? Czy ktoś pragnie wiedzieć? Kto by miał pragnąć? Chyba Nocni Markowie, którzy sobie hasają po internecie ze snu braku, przypadkowi spacerowicze, operatorzy kciuka i palca wskazującego, i oczu zaczerwienionych od sztucznego blasku. Biedni, nieśpiący ludzie, którzy szukają wybawienia od przykrych myśli lub rozrywki w swoim szarym żywocie, który zapomniał już, jak to jest mienić się barwami radości i entuzjazmu. I ja taka, i ja, drodzy Spacerowicze!

Jest tak źle, że aż mogłabym piszczeć, ale tego nie uczynię. Jest wielopoziomowo, wielowarstwowo źle.

Co się mianowicie dzieje?

Przede wszystkim mam złe przeczucia dotyczące wyjazdu na festiwal artystyczny. Moje złe przeczucia są jak horror, bo nie wiem nigdy do końca, co się za nimi kryje, a często niepójście za nimi kończy się płaczem na dnie tego morza.

A jednak jadę, raczej jadę, chyba że mnie do końca zniewolą.

Nie mam, gdzie tam spać. Nie mam planu na najbliższe dni, NIE MAM MAGISTERKI.

Mam, gdzie spać, ale nie chcę tam spać. Muszę mieć inne miejsce do spania. Nie wiem, kiedy tam jadę. Nie wiem niczego. Dobra, wysłałam dodatkowe wiersze, bo prosiła o to redaktorka festiwalowej gazetki.

Spokojnie. Spokojnie. SPOKOJNIE. Jak jest? Źle. Spokojnie. Nie wiem nic.

Dziś czwartek. Dziś idę pograć w kosza z kolegą, a potem odwiedzić chłopaka w jego mieszkaniu.

Jutro piątek. Jutro jadę z chłopakiem do Iławy i zostajemy tam do soboty wieczorem.

Pojutrze niedziela. Poproszę tatę, żeby przyjechał w niedzielę do mnie i do siostry.

Popojutrze poniedziałek. Wjeżdżam na Famę.

Żeby zrealizować ten skomplikowany plan, muszę:

skontaktować się z mamą i siostrą, a potem z tatą. Z siostrą, z mamą, potem z tatą. Ale siostra nie odbiera. Spróbuję jeszcze raz. Odebrała. Do mamy nie ma co. Dobra. Dzwonię do taty.

Poza tym muszę zadzwonić do sióstr… tata nie odbiera. Fantastycznie. Dobra, wiem. Poproszę siostry, żebym mogła spać u nich od nocy 15-16 może? A może nie? A jak nie będzie wolnego pokoju – co wówczas?! Dzwonię do sióstr!!! Nie mam miejsc. Super. Poszukam jeszcze.

Z innych spraw – porządki, pakowanie, pisanie. Super, git.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I’m back

18 cze

Zaczęłam tytułem niczym ojciec Szustak ostatnio na youtubie. W sumie to tu poopowiadam, co ostatnio się zmieniło, a zmieniło się co niemiara. A potem przejdę do tego, co się nie zmieniło.

Co się zmieniło? Przepracowałam w ostatnim czasie najwięcej godzin w życiu. Poza tym co jakiś czas opiekowałam się synkiem koleżanki i coraz mniej boję się z nim zostawać. Na początku bałam się nawet iść do łazienki, żeby sobie czegoś w tym czasie nie zrobił, a przecież chłopak ma już ponad cztery lata, więc dziś, gdy usłyszałam z łazienki nagły trzask, nawet się nie przejęłam i spokojnie umyłam ręce. Oby nie przesadzić w drugą stronę.

Pracuję w budzie ze starymi gazetami i nowymi książkami i filmami. Wychodzi około 3/4 etatu. Jestem tam już ponad dwa miesiące, ale wkrótce odchodzę, bo nie wytrzymuję nerwowo z szefem, poza tym mam w lato wyjazdy, nie mam umowy i mało mi tam płacą (8 PLN na rękę). Szef jest człowiekiem nerwowym i gdy popełnię jakiś błąd (a popełniam, zwłaszcza na początku parę razy coś mi się pomyliło), a nawet gdy go nie popełnię (na przykład powiem, że potrzebuję chwilki na decyzję), robi się bardzo zły, złośliwy, gniewny i po prostu aż kipi tym gniewem. Zresztą już po pierwszym telefonie wyczułam w nim człowieka, który nie lubi ludzi. Mimo to zdecydowałam się i stanowczo nie żałuję. Przeżyłam tam mnóstwo ciekawych przygód, poznałam powierzchownie sporo ludzi, gadałam sobie swobodnie z wieloma klientami, uczyłam się (z sukcesami i porażkami) być odpowiedzialna, być miła i asertywna wobec kupujących, empatyczna i niezawodna wobec zmienniczki, która z kolei dla mnie jest bardzo dobra, obserwowałam sobie z bezpiecznego miejsca różne relacje i zachowania i odprężałam się przy powtarzalnych czynnościach – liczeniu, metkowaniu… Ciśnienie często mi rosło, ale były to bardzo nieosobiste wzrosty ciśnienia, jakbym była tylko sprzedawczynią, a nie Agnieszką. A poza tym, mimo że szef taki gniewny, to po pierwsze istniał głównie w kamerach, a po kolejne nie było zwykle problemu z czytaniem w wolnych chwilach, jedzeniem i piciem kawy i herbaty, przychodzeniem rano do 5 minut po czasie i wychodzeniem równo z końcem czasu. I najprzedewszystkim – byłam tam sama, sama w budzie, pół-schowana za ściankami.

Poza tym mam teraz robotę na kilka dni – uzupełniam pozwy sądowe nowymi danymi. Tam już są ludzie, ale na szczęście wkrótce to się skończy. Tyle to jeszcze mogę wytrzymać. A nie jest to łatwe, bo czasem trzeba gadać i prosić o pomoc, ale też nie takie trudne, jak mi się wydawało. No i nadal mam czasem korki z sąsiadem z góry.

W ten sposób mam gotówkę, ale niestety spora część idzie na gotowe jedzenie w czasie pracy. To bez sensu – wiem. Poza tym teraz mam dostać z budy ponad 1000, a z pozwów pewnie też przynajmniej 200, czyli najwięcej w moim życiu, a w ogóle tego nie traktuję jak bogactwo. Już widzę te wszystkie nagle objawione wydatki i podejrzewam, że nie starczy mi to na długo. A jakbym miała więcej, to też więcej bym musiała dawać, więc lipa z tym zarabianiem, ale konieczna lipa.

Co się nie zmieniło? Po pierwsze nadal rozpaczam i umieram ze strachu albo z poczucia winy kilkadziesiąt razy na dobę. Po drugie studia są nieogarnięte kompletnie i totalnie. Porządku w pokoju też nie ma. I w domu też nie.

Studia. Tak się boję! O co chodzi? O kilka rzeczy.

Po pierwsze ogun internetowy. Zaliczenie jest w środę o 17:10. Nic nie umiem. Mam wielkie braki w testach bieżących (zrobiłam tylko jeden na nie-wiem-ile) i przez to muszę mieć chyba ze 100% punktów. Jak nie, to przez ten ogun mogę nie zdać studiów chyba. Porażka totalna. I trzeba powiedzieć zmienniczce, że w środę nie mogę przyjść i czy w zamian mogę przyjść na cały czwartek czy coś takiego… Napisałam smsa. Dzięki temu blogowi odważyłam się już teraz to zrobić. A teraz drżę w oczekiwaniu na odpowiedź! Bo raz ta pani ode mnie czegoś chciała, a ja się nie zgodziłam, bo wmówiłam sobie, że nie mogę, a w sumie bym może mogła? A może nie? Chodziło o to, że już się zobowiązałam, że będę pisać pozwy i że powinnam robić jak najwięcej i jak najszybciej. Zmienniczka jeszcze milczy. A nawet gdybym była niezawodna, to i tak teraz bym drżała. Boję się strasznie.

Co jeszcze? Jeszcze egzamin z literatury najnowszej. Nie wiem nawet, kiedy egzaminuje profesor! Wiem tylko, że ma dyżur w tej sesji o 12.45 w tę środę. Potrzebowałabym jeszcze ewentualnie wpisu od dziekana, że mogę zdawać ten egzamin, bo na gębę już się zgodził. Muszę jutro zadzwonić do dziekanatu i spytać, kiedy egzaminuje ten profesor.

Zalegam z książkami w BUW-ie kilka dni.

I najgorsze, choć i powyższe straszne – MA G I S T E R K A. Szczerze pisząc – kompletnie zwątpiłam, że ją napiszę. Mój promotor chyba też. Chyba jest obrażony. Ostatnio nie odpowiedział na nieme powitanie – odwrócił głowę! Nawet nie zdążyłam nic powiedzieć! Jestem pewna, że jest urażony moim kilkumiesięcznym milczeniem i łamaniem umów terminowych! Boję się! Boję się iść do niego z pustymi rękami! Boję się każdej godziny, gdy mnie u niego nie ma. Może napiszę cokolwiek i pójdę – TEŻ W TĘ ŚRODĘ? A może – może… nie wiem. Wydaje mi się, że nie ma szans nagle na nic. Spokój. Spokój. Trzeba tak: dziś popiszę magisterkę. Jutro poniedziałek. Cały dzień w robotach, potem spotkanie z Kasią. We wtorek i środę oleję pozwy… Zmienniczka odpisała!!! Odpisała: ,,jak Ci wygodnie”. Przez chwilę poczułam dziki lęk, że to ironiczna uwaga, ale przecież to irracjonalne. To oznajmienie, żebym napisała, jak wolę. Wolę iść w samo południe do roboty, a nie na cały dzień, ale ona będzie zmęczona po całym dniu i musiałaby zaraz wstawać rano. Z drugiej strony nie chce, żeby jej zabierano godziny. Napiszę, jak wolę i powiem, że mogę się również dostosować. Ale i tak mam poczucie winy, bo nie mam zamiaru – bez względu na wszystko – przychodzić w środę na rano na kilka godzin.

Dobra – to tak. Jutro nic nie robię na studia, bo roboty i Kasia. Postaram się być szybka przy pozwach. I być tam najwcześniej, jak się da, i odpocząć wieczorem. We wtorek oleję pozwy i w środę też. W czwartek i piątek tam przyjdę, jeśli jeszcze będę potrzebna. Cały wtorek będę się uczyć albo pisać magisterkę… tyle że we wtorek o 16 mam jeszcze robotę.

A teraz? A dziś? Jest 21:04. 21:16, bo telefon. O, przypomniało mi się, że jeszcze ktoś dzwonił. Ale jak już pozałatwiam wszystko i odeprę wszystkie wymówki bądź im ulegnę – dziś chyba zajmę się w końcu tą magisterką. Bo co? Jak będę dziś miała choćby 1/4 rozdziału, to może jakimś cudem do środy będę miała cały? Nie wiem. Wątpię. No i nauka na zaliczenie oguna. I oby egzaminy u profesora były po środzie!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

25 mar

Nie wpiszę tytułu, bo ludzie źle siedzą w BUW-ie i wszystko widzą. Ale są cisi i jest ich dość mało, co jest cudowną informacją. Zatem zaczynam pisanie, bez zbędnego gadania. Otwieram plik w edytorze tekstu. O, jest nawet ukochany Word. Otwarty. Teraz wyciągam książki i otwieram tę, od której chcę zacząć notowanie. Otwarta. No to zaczynam pracę z tą książką i nie spocznę, póki nie skończę, zwłaszcza że mam tylko trochę ponad 13 krótkich stron tu do przeczytania. Po prostu zacznę notować, a potem zobaczę, co z tego wyjdzie. Amen. Start.

Wynotowałam wszystko, co chciałam stamtąd, a potem poszłam na duży, dobry obiad w promocyjnej, studenckiej cenie. Czasu, kurczę, coraz mniej. Teraz mogłabym ponotować z innej książki, ale nie wiem, z, kurczę, której. Może wezmę taką, z której już coś tam wynotowałam. Tylko pozmieniam trochę, żeby było ładniej. Boję się, bo czasu coraz mniej. Trudne zadanie. Ale zrobię tak: otworzę tę książkę. Otwarta. Otworzę zrobione już notatki, krótkie i brzydkie. Otwarte. To teraz powinno pójść bardzo szybko. Może zrobię tak, że, kurka, dam sobie na to jakiś zabawnie mały czas. Na przykład 20 minut. To musi starczyć całkowicie! Dobra, to czas do 15:07. Start. Start. Nie ma szans, nie zdążę. Ale to się wlecze żałośnie, a myślałam, że dam radę. Po drodze tyle trudności nawet nie jakichś potężnych, ale zatrzymujących jednak. I jak ja to zrobię, jak? Dobra, po prostu robię, aż zrobię. Zobaczymy, ile mi to czasu zajmie.

Ciągle jeszcze nie skończyłam, a minęło już ponad półtorej godziny. Mam jakiś okropny zastój i nie mogę się ruszyć. Głowa mi się zablokowała. Co robić? Może po prostu szybko skończę i pójdę na kawkę albo na czekoladkę. Chyba na kawkę. Nie mogę się zdecydować. A potem wrócę. Dobra, to tempo – ekspres. Nie mogę dać plamy, bo zrobiłam sama sobie takie wyzwanie na facebooku i chcę mu choć w połowie sprostać!

Od wielu minut czy może godzin zamiast pisać zadręczałam się sprawami, których i tak nie rozwiążę tu i teraz i jeszcze wciągnęłam w to mojego chłopaka. Życie wydało mi się w tej chwili zbyt trudne, żeby je w jakikolwiek sposób udźwignąć i wstydzę się tego, co zrobiłam. Teraz wszystkie moje zmartwienia wydają mi się raz głupie, a raz znów przychodzi mi na myśl kolejne zmartwienie i przestaję myśleć, a zaczynam panikować. Już stosunkowo długo utrzymywałam się na powierzchni, a teraz znów nierozwiązane problemy mnie przytłoczyły, a być może uznałabym je za głupie w innej chwili. Może to naprawdę nałóg i wymówka, gdy zawiodły wszystkie inne wymówki. Jak długo byłam na powierzchni – może półtorej doby. A teraz zostały niecałe dwie godziny do zamknięcia BUW-u, mam ochotę uciec gdzieś i płakać. Wstydzę się swojego zachowania i boję się przyjąć perspektywę mojego chłopaka, choć nie wierzę, by akurat tu miał rację, ale zaraz potem przypominam sobie jakieś teorie na temat odpowiedzialności mężczyzny za los rodziny i zaczynam wątpić. Nie wpisuję się chyba w żadne idealne ramy i boję się, że przez to skrzywdzę kogoś albo kilka osób. Przypominam też sobie, że i on ma prawo czuć nieracjonalne nawet rzeczy.

Trochę się wypisałam. Wstyd mnie po prostu rozrywa. I strach, że jak nadal taka będę, to albo mnie zostawi, albo – co wydaje mi się dużo gorsze – stanie się nieszczery, zamknięty w sobie, zdezorientowany, niechętny do spotkań lub oschły. Nie czuję współczucia, może czułabym je, gdyby nie ten okropny strach. Szkoda, że nie ma żadnych prostych, szybkich i pozbawionych cierpienia źródeł mądrości. Jakby takie źródło gdzieś było, to bardzo bym chciała do niego dotrzeć. Panicznie boję się – już nie pamiętam czego. Może odpuszczę. Może odpuszczę sobie teraz rozmyślanie. Nie mogę pogodzić się z tym, że czeka mnie jeszcze tyle trudów.  Chciałabym umieć się z tym pogodzić, to by sporo ułatwiło. Gdybym chociaż wiedziała, że na końcu musi czekać mnie coś dobrego. Ale nawet tego nie wiem.

Dobrze, popisałam sobie i ciągle nie odpuściłam nadziei, że gdzieś w końcu dotrę do źródeł mądrości i uspokoję się. I moje uczucia będą jak spokojna tafla jeziora nawet w najtrudniejszych chwilach. Albo i będą emocje, ale bez tego ciągłego lęku. Może inaczej naprawdę się nie da?

Może się nie da. Zostało bardzo już mało czasu. Jutro zamknięty BUW przed 15. Czyli teraz przez godzinę i 10 minut ponotuję prędko, a potem wypożyczę inne książki, a oddam te, których już nie potrzebuję. Tak właśnie zrobię, cóż. Będzie jeszcze dobrze. Trochę już jest.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Deszcz, tragedia, smutek i zadręczanie

18 mar

Lodówka nasza jest zepsuta. Poza tym męczą mnie tak niesamowite rzeczy, że nie umiem nawet stwierdzić, które nadają się do tego, żeby o nich pomyśleć i jakoś je zmóc. Można się wykończyć. Jak Wy, ludzie, żyjecie mimo codziennych potencjalnych zmartwień, które przytłaczają, mimo że dla obserwatora z boku mogą się wydać pierzem łabędzim?

Może mało kto umie żyć i po prostu żyjemy wszyscy, jak umiemy. Mamy te nasze mózgi, te nasze oczy, które widzą – na cóż nam to! – przeszłość i przyszłość, a nawet starają się dociec sekretów wieczności. I mamy tych fantastycznych couchów albo terapeutów, którzy pomagają nam poskładać się w całość. Ale kto może naprawdę czuć się całością dziś w Warszawie? Nawet ja – wielki leń – czuję wokół pęd, a w sobie niepokój. I zaraz będzie trzeba ruszać w życie z bezpiecznej cieplarni BUW-u.

A teraz siedzę w bezpiecznym jeszcze mieszkaniu, za które sama nie płacę. Mam 24 lata i żyję na koszt mamy i taty. Jeszcze chronią mnie studia przed ostateczną społeczną nagonką. Dobrze, że jesteśmy społeczeństwem i że ustalamy granice sprawiedliwości, choć z grubsza. Dobrze, że jednak mamy w sobie kompasy na ogół i że nie mordujemy, jeśli nie zajmujemy się polityką. Współczuję politykom. Muszą znosić wielkie naciski i noszą na sobie odpowiedzialność i oczy całego kraju i świata. Biedni ludzie. Szkoda, że nie są lepsi od reszty. Chyba bardzo tego chciałam, a teraz widzę, jakie to było bezsensowne. Może stąd to uwielbienie dla królów dawno temu. Choć i teraz, gdy z powodów zewnętrznych zainteresowałam się minimalnie tym dziwacznym światem, który rządzi pieniędzmi i sposobem życia ludzi, szukam wśród nich kogoś godnego podziwu.

Nigdy bym nie pomyślała, że będę słuchać o gospodarce z własnej woli. Dobrze, że mam siebie i że wszystko sobie uroczo układam według swoich upodobań, czyli że drążę temat na sposób idealistyczno-marzycielsko-łączący-wielość-w-jedność.

Ale po co tu weszłam? To chyba jasne. Znów mam na gardle nożysko. Ale jeszcze jedna myśl – chyba jedyne, co może ocalić każdego z osobna to relacje, które zakładają totalną (na miarę możliwości niestety) akceptację siebie i drugiej strony, która jest punktem wyjścia do maksymalnych starań dla siebie nawzajem. Poza tym – kontynuuję moją słodką receptę – a może przede wszystkim – dobrze by było odwołać się do Boga jako do Absolutnego Dobra i Osoby, która kocha i jest sprawiedliwa i wierzyć w Niego. Ale to by nie musiało oznaczać wcale szczęścia chyba. Ale może oznaczałoby jakąś całość. Dawno, dawno, dawno nie pokusiłam się o tak daleko idącą TEORIĘ i dawno, dawno chyba nie byłam dalej od wprowadzenia jej w życie. Choć ogólnie czuję się lepiej niż kiedyś, może dzięki fantastycznym terapeutom, couchom, Warszawie…

Boję się bardzo kolejnej nocy i kolejnego świtu. Przez zmartwienia nie umiem działać i przyzwyczajam się do tego, i jeszcze bardziej nie umiem działać. A jednocześnie koniec studiów, a jednocześnie – o kurki! – chcę już w końcu mieć pracę. Boję się. Bardzo się boję. Boję się zacząć pisać ten rozdział. Nie zacznę, nie ma mowy. Zrobię o tak: nie zacznę. Weszłam tu, żeby zacząć, ale nie zacznę. Nie ma takiej opcji. Wiem, co zrobię. Zrobię o tak: nie zacznę, posprzątam w pokoju i w domu (jestem teraz tym typowym studentem piszącym magisterkę), a potem pojadę do domu mojego chłopaka – nie bójmy się tego słowa. A w drodze zacznę czytać i podkreślać w książce, i pisać na marginesach notatki. U niego wszystko przepiszę na komputer. A teraz nie zacznę – nie ma mowy! A jak zacznę – to radość i pieśń. A teraz nagle zaczął mi się nastrój jakiś deszczowy i spokojny, choć od razu szturm wielu lęków. Ale obok porządków, na które coraz mniej czasu, jeszcze może się pomodlę i może upiekę babeczki. Tyle mogę teraz zrobić w stronę gotowej magisterki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bagno

28 lut

Budzę się kolejny raz i kolejny raz myślę: ,,może to dziś stanie się cud i moje problemy znikną”. To myślenie tak mylne i nieproduktywne, że głowa mała. Ale budzę się, chwilę cieszę się, że słońce, a potem TRACH i zwalają się te wszystkie sprawy, których nie mogę rozpracować myśleniem, a które męczą mnie jak gryzące robactwo. Nie mogę ich też rozwiązać działaniem ani rozmową. Ale może za mało próbuję. Nie jeden raz i nie dwa słyszałam, że za dużo myślę, a za mało robię. Bardzo to wkurzające, ale może kiedyś coś z tego wyniosę dobrego.

Teraz jestem jak sparaliżowana. A niedługo mam wyjść. A mam ochotę rzucić to wszystko i zrobić minimum minimum, a potem płakać, że za dużo naraz. Nie mogę się zebrać do działania, gdy nie ma bezpośredniego przymusu. Udaję, że wcale się nie pali wszystko wokół, dopóki nie poczuję płomieni. He, he.

Mam ochotę rzucić to wszystko i wyjechać nad morze. A nad morzem nie byłabym wcale sama – o nie! Byłoby o tak nad morzem: mieszkałabym sama w małej chatce blisko brzegu. To poza sezonem, więc ludzi jak na lekarstwo, szczególnie że ogólnie byłoby to odludne miejsce. W innej chatce w sporej odległości od mojej, gdy iść brzegiem morza, mieszkałby nauczyciel, któremu bym płaciła. On by ze mną siedział godzinami i mi pokazywał palcem odkąd dokąd mam wszystko zrobić. Zajmowałabym się nauką i jakąś pracą związaną z pisaniem. A on by mnie motywował, ale nie jako jakaś bliska osoba, ale jako opłacony pracownik.

Co wynika z tego krótkiego powyższego marzenia, które – jak nigdy chyba – aż tak skupia się na pieniądzach? To wynika, że trenerzy osobiści mają czego szukać na rynku. Jestem jedną z wielu żałosnych postaci, które nie potrafią znaleźć siły woli i motywacji do jakiegokolwiek działania. Dlaczego tak jest? W moim przypadku dlatego, że mnie nieustannie podgryzają problemy, że się boję panicznie krytyki i braku akceptacji i że nienawidzę dyscypliny, choćby to była samodyscyplina. Znerwicowana, niespokojna, przerażona. Co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej?

Co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej? Nie wiem. Ledwo się na moment odprężam, uspokajam, już przychodzą problemy, z których każde wyjście jest fatalne, a których nie umiem zignorować. Nie ma chyba wyjścia poza samym życiem i czekaniem na te przymusy, które mnie same popchną do działań. Nie umiem sama zacząć, bo problemy. Mam wrażenie, że tak już zdzidziałam, tak się rozleniwiłam, że każdą pracę będę traktować jak gwałt sobie zadany. Ale może się przyzwyczaję, jest taka nadzieja. Po prostu nie ucieknę przed ucieczkami i szukaniem nieświadomym sposobów na przedłużanie bezczynności.

Dobra, nie po to tu weszłam. Ogólnie nie mam dużo do zrobienia, ale i te kilka drobiazgów zdają się nie do przejścia. Strach mnie przytłacza przed najmniejszym działaniem. Jakieś wewnętrzne przymusy szarpią mną bez mojej woli. Jestem ogromną marudą, a i tak pisanie tu o tym jest jakimś postępem wobec nicnierobienia. Mam wrażenie, że gdy oddam się pracy, człowiekowi, odprężeniu, problemy mnie tymczasem zjedzą, strawią i wydalą jako innego człowieka, którego nie poznam.

Ale widzę nareszcie – znowu – brak logiki. Przecież mnie nie zjedzą. Skoro nie wiem, jak je rozwiązać, mogę je na moment zostawić same. Okej. Skoro już to wiem, to napiszę tu o tych kilku czynnościach, które zdążę wykonać przed wyjściem z domu, choć najchętniej bym z tego domu nie wychodziła. Ale zobowiązałam się już, nie mogę tu zostać. Jak to niedobrze! Chciałabym zwinąć się w kulkę pod kołdrą i kocem, ale tam też będę ze sobą i też będzie tak strasznie. Zatem to też brak logiki, żeby szukać ucieczki w łóżku.

Teraz została mi ponad godzina do wyjścia. PORZUCAM na razie problemy. O – zapiszę je w pamiętniku, to ponoć dobry sposób. Choćby kilku słowami. Zapisałam. To co teraz? Teraz nie wiem. Chciałabym się gdzieś schować i tyle… Dobra, zrobiłam jedną rzecz i cała się spociłam. A nawet nie wstałam od komputera. Po prostu napisałam do pani profesor, choć od tego nie zależy nic związanego z być-albo-nie być na uczelni. To może z rozpędu napiszę do dwóch innych pań profesor. Napisałam. Zajęło mi to tradycyjnie pewnie mniej niż trzy minuty, a jeszcze się nie nauczyłam, żeby robić takie rzeczy bez lęku.

Teraz zrobię kolejne rzeczy, tym razem wymagające wstania od komputera. Najpierw może co? Może nie wiem. Kurczę. Boję się nadal i nie umiem przestać. Dlaczego tak jest? Czemu ciągle się boję? Dobra, mimo wszystko po prostu pozałatwiam inne sprawy i tyle. Ale, pisząc tu, czuję się, jakbym trzymała za rękę kogoś bliskiego. I teraz mam ją puścić i iść w straszny świat. Coraz bardziej się boję tych momentów. Przy rozstaniach z bliskimi, przyjaciółkami i znajomymi odczuwam silny strach. Teraz nawet przy pisaniu na blogu. Ale zrobię to. Zrobię to. Zrobię to. Idę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kurka pieczona na głębokim tłuszczu

23 lut

To piękne, że mogę sobie tu wymyślać tytuły, jakie mi się podobają i wrzucać w sieć. Fantastyczne.

Jestem niedojrzałą, niepoprawną, niedorosłą psychicznie czy emocjonalnie, sproblemowaną, niespokojną osobą. Być może nikt nie będzie w stanie wytrzymać długo z kimś takim, zwłaszcza że część ludzi z miejsca sama odrzucam. A powodem jest: patrz wyżej. Nawet nie oni sami. W końcu jak się kimś interesuję, to dlatego, że mnie zainteresował wieloma rzeczami i mnie nimi pociągnął.

Kurka pieczona. Taki mały wstęp dla częściowego choćby rozładowania napięcia. I tak to napięcie pozostanie, bo znów męczy nie jakaś sprawka. Ale postanawiam coś robić – wyjątkowo – mimo tego napięcia i mimo braku bardzo bezpośrednich zagrożeń.

Zatem: nauka. Egzaminy. Magisterka. Praca. Wspaniale.

Dobra: co trzeba:

* jutro poprosić o dopisanie żetonów w dziekanacie,

* poszukać oguna dla siebie,

* ogarnąć przywrócenie pierwszego terminu z językoznawstwa lub od razu umówić się na drugi,

* ogarnąć inne terminy egzaminów i zaliczenia.

To pierwsze, najważniejsze rzeczy. A dopiero po nich, po sesji – zajmę się pisaniem kolejnego rozdziału magisterki. Czyli na razie ten tydzień nie będzie w ogóle związany z moją drogą magisterką, chyba że w przerwach (buachacha!). Teraz intensywna nauka do egzaminów i zaliczenia. Jest czas. Jest moc. Jeszcze tydzień został. Trzeba wszystkiego się nauczyć. Jutro co zrobię? Jutro zrobię to: polecę po te żetony, a potem będę miała ile czasu? Będę miała potem prawdopodobnie ok. trzy godziny, żeby czegoś już się uczyć, robiąc kurka notatki. Może tego @#%#@&%& językoznawstwa. Jak ja mogę tak o tym myśleć? Przecież naprawdę uwielbiam język polski. Po prostu część rzeczy w języku polskim jest naprawdę trudna. A językoznawstwo dotyczy nie tylko języka polskiego, na dodatek. To może jutro spróbuję choć notatki językoznawcze doczytać do końca, sprawdzając terminy nieznane. Będę na terenie uniweru, więc będę mogła co robić? Korzystać z innych książek, które może coś rozjaśnią. Planuję być obkuta. Okej, napracowałam się. Teraz przerwa. Haha! Teraz śmiech, jutro płacz, a to heca! Przerwa, a potem może skubnę już tego językoznawstwa albo może choć coś z literatury.’

A praca? Praca. Pracy chcę poszukać. Kiedy? Jak oddam kolejny rozdział? Nie. Tuż po sesji. Będę miała wówczas, jeśli wszystko dobrze pójdzie, of course, tylko właściwie seminarium, oguny (tym razem jak najprostsze i jak najmniej wymagające) i to tyle, bo obok tego jeden nieobowiązkowy wykład z prowadzącą, do której mam słabość, bo jest taka nieogarnięta i miła, i nieśmiała, i śmiała, i w ogóle cudowna. Zatem reszta dni wolnych jak ptaki, a nie wierzę, że w tym czasie będę tylko pisać magisterkę albo szukać inspirujących zajęć. W tym czasie bym prawdopodobnie na zmianę spała, bawiła się i płakała.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

29 sty

Nie wprowadzam tradycyjnie tytułu, gdyż zasiadłam w BUW-ie. Dziś wyjątkowy dzień. Zasnęłam koło 3.30 = sukces. Wstałam po 10 (ale przedtem pobudka na trochę po 8) i pojechałam zaliczać ćwiczenia. Nie mogłam znaleźć sali z panią od ćwiczeń, więc spóźniłam się 10 minut. Dlatego musiałam czekać kolejną godzinę. I bardzo dobrze. Tylko dzięki temu nauczyłam się na pamięć kilkudziesięciu dat, nazw i nazwisk. Bez tego byłoby krucho, bo umiałam tylko inne rzeczy, a pani od ćwiczeń zależało głównie na tych datach i nazwach, i nazwiskach.

Potem poszłam do BUW-u. Po spaghetti uznałam, że zrobię plan działania i przejdę się po ogrodzie, bo do otwarcia biblioteki pozostała godzina. Znalazłam zamarznięty staw. Zbadałam trwałość lodu i ślizgałam się może 10 minut. Było przyjemnie, choć bez szału, gdyż cały czas ostatnio wisi nade mną przynajmniej jedna chmura deszczowa – czarna i zimna. I wtedy nadszedł ochroniarz. Powiedział: ,,nie wolno”. Powiedział: ,,a co by było, gdyby pani wpadła do wody?”. Zawstydziłam się i odpowiedziałam coś niby zabawnego i bezczelnego. Byłam tak bardzo zawstydzona. Tak strasznie zawstydzona. Powiedział, że zobaczyli mnie na kamerze. Tak bardzo zawstydzona. Odeszłam stamtąd. Gdy wchodziłam do biblioteki, inny ochroniarz rzekł w przestrzeń: ,,Komuś było życie niemiłe?” I wszystko byłoby w porządku, wszystko byłoby umiarkowanie fantastycznie, gdyby nie ona – młoda, nowa ochroniarka, która zaczęła się głośno śmiać. Jej śmiech gonił mnie, gdy powoli wspinałam się na schody prowadzące do krainy bezrobocia i wiedzy. Mężczyźni niech sobie robią ze mnie żarty aż do bezmiaru moich klęsk, ale nie młode kobiety! Nie one! Głupio mi tylko, że zrobiłam im kłopot.

A teraz siedzę tu i marznę, bo kurka ktoś tu nie pomyślał o ogrzewaniu. Długo tak nie pociągnę. Trzeba teraz realizować plan, który przygotowałam sobie przed akcją z lodem. Czyli chcę prędko opracować (jak ja tego dokonam, gdy tego tak dużo?) przynajmniej 11 punktów z listy na egzamin. Łącznie ich jest chyba 33. Więc dziś 11 chociaż, choć może się uda więcej, jeśli tempo będzie odpowiednie, czyli trochę szalone, jak w noc przed egzaminem. Ale w tym roku nie mogę sobie na to pozwolić, bo muszę jeszcze być zdrowa i gotowa na korki z nową dziewczyną i na kolejne egzaminy, i na naukę do nich. Dobra, otworzę wszystko, co jest mi potrzebne. Otworzyłam i robię te punkty, choć jeden z nich zajmuje mi już mnóstwo czasu, a inny zajmie prawdopodobnie dużo więcej. Pięknie. Ale dobrze i tak, że robię to teraz, a nie za dwa dni w nocy!

Jest mi ciepło i dobrze. Piszę nadal. Ale jestem przerażona, bo opracowuję (czyli korzystam z czyjegoś opracowania) dopiero drugi punkt. Ja nie wiem, jak to ma być z 11 punktami dziś. Ja się poddaję. Nie wiem, co mam robić. I jeszcze mój egzaminator ponoć chyba lubi oryginalne utwory obowiązkowych twórców. Super. Co zrobię? Zrobię to dalej i poszukam z jednego mniej znanego wiersza.

O, 3.02, w godzinach 10.00-13.00, będzie na wydziale profesor Potkański. Muszę się do niego wybrać wtedy lub może wcześniej, jeśli mi się uda, lub może napisać maila, jeśli się odważę, żeby spytać, czy przeegzaminuje mnie 10.02. Wtedy bym miała to za sobą i nie musiała już się szykować na sesję poprawkową – tyle by wygrać!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii