RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2013

Książka beznadziejna jak ja teraz.

30 gru

Czyli książka, która mieszkała w rękach pewnie milionów młodszych, starszych, każdych. Ciekawe, czy i one omijały tych kilka (no, może dwadzieścia kilka…) scen, w których działo się zbyt wiele. 671 stron pdf (bez odliczenia scen) w około 10 godzin. Jeden dzień na taką objętość, podczas gdy czytam na pewno najwolniej na polonie. Czyli to był NAPRAWDĘ NIESKOMPLIKOWANY czytanek. Chyba pierwszy raz lekturze towarzyszył tylko minimalnie radosny podziw w trakcie (gdy bohaterowie lecieli szybowcem albo gdy szykowali się na mroczną sesję przy muzyce) i zerowy przy zakończeniu. Już nie patrzyłam na styl… sama nie mogę się pochwalić dużo lepszym. Ani na fabułę – działo się naprawdę mało. Ani na bohaterów – idealnych lub głównych. Ani na opisy sytuacji, krajobrazu czy twarzy – nie pokazywały niczego, niczego, niczego pięknego i ciekawego. Płakać mi się chce od tej pustki, brzydoty, od braku jakichkolwiek prób prawdziwego poruszenia czytelnika! Dialogi mailowe były znośne, a te najgorsze na żywo po prostu natychmiast omijałam. Patrzyłam na kilka obserwacji psychologiczno-duchowych, z którymi, o dziwo, chętnie bym sobie pomilczała (chęć enigmatycznego ,,więcej”, niemożność  prawdziwego pokochania i ta niezmienna ochota na zaspokojenie) i na to, co musi mnie kręcić, bo kręci odkąd pamiętam. Tak, złamałam się. Jak mogłam się nie złamać, podczas gdy nagle moja mroczna twarz (…) jest w głowach (…) połowy mijanych kobiet? Zdziwiłam się też, jak bardzo zachowania głównego bohatera z kimś mi się kojarzą i jak bardzo zachowania głównej bohaterki nie kojarzą mi się ze mną. Pewnie jest nieprawdziwa! Jak można nie lubić mówić o sobie, jak można kochać rodzinę, przyjaciół i nieznajomych? Niedobrze mi od takiego patrzenia. Autorka musiała jeść dużo czekolady w trakcie pisania, skoro tak optymistycznie patrzyła na tych żałosnych bohaterów epizodycznych.

No dobrze, zaczynając ten dzień, miałam złe przeczucia co do czytania „Zamku kaniowskiego” i teraz znam ich możliwą przyczynę – przeczytałam tylko początek. A na ćwiczeniach dowiedziałam się, że to też nie najwyższych lotów literatura, co już widzę i to chyba nie przez uprzedzenia. Jeszcze trochę, a będę tak bardzo pragnąć czegoś dobrego, że może, razem z lękiem przed sesją, przełamie to moje opory przed rezygnacją z łóżka, gier internetowych i ponadplanowych spotkań (choć te chyba jednak zawsze są naprawdę cenne (chyba zaraziłam się tym beznadziejnym optymizmem)).

Zaraz pójdę zmyć z siebie emocje (niczym główna bohaterka po raz pięćdziesiąty) i zasypiając odpalę „Zamek”. Nienawidzę złego stylu! Ratunku, czuję się pochłaniana przez „podświadomość” i „wewnętrzną boginię”!

A jednak… to może nie był stracony dzień. Jak chyba każdy, uciekał od zwykłej, monotonnej szarości, czy to w strach, czy w radość, przyjemność, nadzieję, czy wreszcie w suchą rozpacz.

No niedobrze – zbieram się do mycia już chyba drugą godzinę. Jaka siła wróci mnie do tej krótkiej epoki odchudzania, zmieniania na lepsze i spokojnych starań o wspólne dobro? Pewnie tylko jedna, której teraz nie wykopię. Muszę się przemóc. Mam zamiar w łóżku skończyć „Zamek”. Trzymajcie za mnie kciuki, niewidzialni czytający!  Odliczajcie razem ze mną. Na trzy wstaję i pędzę do łazienki. Daję tam sobie piętnaście minut. Niech motywacją będą zdjęcia, na które dawno nie patrzyłam, a na które popatrzę gdy wrócę. Raz… dwa… trzy!!!

Zdążyłam w 15 minut i leżę jak zwierzę. Jedyny sukces, dobranoc.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jutro mam wolne dziś.

29 gru

O tak, to tak, o tak. To jutro, to już jutro mam zamiar wstać i żyć bez spotkań, bez wyłażenia z nory. Tylko przyjdzie pan popatrzeć na lodówkę. Kilka ostatnich dni tonęło w mroku, co nie jest do końca negatywne. Mrok był nieczasem na myślenie refleksyjne, pomijając wczorajszą noc, kiedy to miałam refleksje, ale jednak wciąż oderwane ode mnie, jak… dzieci, które dorosły i wyjechały do Francji, Grecji i Włoch.

Jutro… jak jabłko tuż przed oczami, zasłaniające horyzont i własny strach. A boję się, boję, umieram ze strachu, drżę jak żuczek na stole, gdzie namiętnie grają w karty. Boję się o przyszłość, jak kretyn, który nie pamięta, że już dziś może stać się wszystko lub jakieś wszystko skończyć. Chcę to zagadać, chcę włączyć film, najlepiej długi i nienatrętny, gdzie bohater się nie boi, ale odkrywa w milczeniu tajemnice życia. Chcę nagrać taki film, nawet sama, choć brak interakcji jest na ogół nudny. A interakcje ze światem tylko w swoim wewnętrznym świecie chyba mogą być przysłaniane myśleniem wyłącznie o sobie.

Cóż. Żuc. Żuk. Kurz. Jutro. Już za 49 minut. A potem dzień i jeszcze dzień, i koniec tego roku. Koniec tego mroku. Ave nowy mroku w nowym roku…

Jutro… jak talerz, z którego zjem to, co będę chciała i to, na co nie mam ochoty. Jutro, gdy kolejne historie, cudze i własna, splotą się, skłębią i doprowadzą mnie do nowej rozpaczy, gdy w mrokach będę szukać tego, co mi zabrała własna słabość i słabość innych, gdy nie działają już żadne zaklęcia z bajek sprzed lat. Bajki są teraz po to, żeby uśmiechnąć się do swoich starych zdjęć, uśmiechem żółtym, czarnym i nieprzyjemnym. Jutro, gdy setki pokoleń myślało ,,jutro” i ginęło zanim nastał świt nowej epoki.

A wystarczyłoby tak mało żeby powrócić do równowagi ducha. A może właśnie powrót jest niemożliwy? Straciłam tę wiarę, która kazała mi próbować robić małe rzeczy, żeby bardziej sobie wierzyć.

I lepka gęsta maź w ciemności, w której grzęzną stopy i idee.

I brnięcie w ciemny las zupełnie bez planu i sensu

W samej koszuli nocnej, mimo zimy za oknem.

Za oknem, bo naprawdę mi ciepło, a kto wie, czy nie bardziej pasowałoby teraz pustkowie Syberii albo popioły wojny.

Jutro zamierzam uzupełnić zaległości na studia. Chyba poczytam sobie „Zamek kaniowski” na romantyzm, a ewentualnie „Przed prawem” Derridy na ADL. A może zrobię ćwiczenia dla cudzoziemców na gramatykę? Albo skończę wreszcie „Fedona” na OGUN. Coś muszę wybrać.

Jutro… Och, jutro!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nic się nie stanie.

29 gru

Prosta piosenka, za którą będę się wstydzić. Gatunek – o życiu. Tworzona – na żywo.

Wiem, co jest złe, a wybieram źle.

Czemu jestem słaba? Kto mnie tak stworzył?

Po co tu jestem? Czemu wokół są ludzie?

Czemu nikt nic nie wie? Co za genialna konstrukcja.

Genialna łamigłówka, której nie rozwiązano mimo czasu.

Jakby rozwiązanie było poza nim.

A może nie łamigłówka? Dla mnie łamigłówka.

Dziwny owoc o twardej skórze.

Co z nim robić, skoro nikt tego nie powie?

A może dużo c z e g o ś dobrego danego każdemu,

Misterna maszyna, gdzie każdy jest ważny?

To musiał być plan, to nie mogło samo się zrobić.

A teraz wołam i słyszę, że przecież już wiem.

Więc wołam znów, a wspomnienia wczoraj przekonują mnie, żeby przestać.

I znowu wołam i już wołając wiem, że tylko pójdę spać.

Nie umiem się modlić do mojego Boga.

Nie wierzę w mojego Boga, tylko w naszego.

Tylko w Swojego, jedynego, ale nie wiem, czemu musi być jeden.

Więc jednak odeszłam od tego, co pewne?

Ale to, co dobre, zachowuję, a przynajmniej chcę zachować,

A jestem ostrożna tam, gdzie ostrzegają ci, którzy mocno wierzą.

Czuję się przez to usprawiedliwiona, ale staram się nie zamknąć w ciepłym pokoju.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozedrgane zawierzenie swojemu nic.

27 gru

Ten bloczek miał mnie ogarniać i kto wie, czy nowy sposób, który zamierzam stosować, nie jest lepszy od poprzedniego. Na pewno – inny. Chcę po prostu pisać o sobie, nurzać się w sobie, ale otwarcie, na pokaz. Co za irracjonalne widowisko, bezsensowny piruet. Ale pewnie nie, bo trochę straciłam równowagę, a to nurzanie przypomni mi, jaki miałam punkt wyjścia i dokąd już doszłam. A nuż uda mi się połączyć przeszłe z obecnym i przyszłym? Kto wie, kto wie… Muszę tylko zdążyć przed śmiercią, która czai się i ona wie, gdzie jest, a ja nie wiem, gdzie ona jest. Co za przykrość.

Odkryłam możliwą przyczynę mojego nieogarnięcia, poza oczywistym zwykłym wygodnictwem, godnym najwyższej pogardy. Oto owa przyczyna:

Pewnego mglistego wieczora bardzo mała Aga patrzyła rozmarzona za szybę dużego pokoju w normalnym olsztyńskim mieszkaniu. Za oknem był balkon, a na balkonie teleskop, przez który patrzyła czasami z tatą na księżyc. Wyobrażała sobie, że ktoś ją goni i bije, co sprawiało jej nieopisaną rozkosz, jednak gdy tata zapytał, o czym myśli, powiedziała, że o aniele stróżu. Nienawidziła kłamać i nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jest widoczne, że coś wymyśla. Gdy tata ją zostawił, znów wyjrzała przez okno. Mogłaby odkryć nowe planety, szybując w białym skafandrze gdzieś ponad małą Ziemią, mogłaby napisać o tym dużo pięknych wierszy, a potem jeszcze wynaleźć kilka genialnych sprzętów, które zachwyciłyby wszystkich jej odkrywczością. Wynalazek, co za cudowne słowo! Warte tych wszystkich spinaczy połączonych nitką z kawałkami papieru i wielu innych wspaniałych rzeczy! Mogłaby to wszystko teraz robić, ale…

Ale i tak nic nie będzie doskonałe. Więc po co się męczyć? Wystarczy tak mało, żeby cieszyć się swoim geniuszem, który, wciąż ukryty w mroku niedociągnięć razem ze skończonym arcydziełem, tym bardziej fascynuje i cieszy, każe nosić wysoko głowę. Bo przecież tam jest i wystarczy urosnąć, żeby w końcu go stamtąd wydobyć. Ale to wydobycie jakoś źle idzie, więc trzeba robić dużo aluzji, wypuścić więcej mgły, zrobić tyle przestrzeni, aby geniusz mógł działać sam, z małą tylko pomocą ręki prowadzącej ołówek. A potem zbierać laury.

Ta maszyna nadal działa. Ja myślę, pracuję, ale tak naprawdę wierzę wciąż w to, że większość mechanizmów działa sama. To prawda, bo jakżeby inaczej, tyle że te mechanizmy to często zaspokajane łakomstwo, lenistwo i lęk. A niedoskonałość efektów każe mi spychać głęboko przyczynę twórczości i samej się chować gdzieś w pobliżu.

I trach. Co mi pomogło? Pomogło? Tak to nazwać? Co zmieniło moją wiarę w maszynę?

Mężczyzna. Męski świat, o którym śpiewa Cezik. Świat, który poznaję niestety tylko na jednym organizmie żywym (inne albo znam zbyt mało, albo są odpowiednio spaczone do mojej spaczonej kobiecości, co przykro stwierdzić, ale myślę, że mam rację), a przecież potwierdzającym teorię. Świat prosty, mierzalny i bezwzględny jeśli chodzi o dotrzymywanie słowa, trzymanie się terminów i ludzi. Świat niezłożonych słów i potrzeb, otwarty jak owca w Centrum Sztuki Współczesnej. Zepsute? Naprawić. Działa? Zostawić w spokoju. Chcę tego? Biorę. Nie chcę? Nie mówię o tym. Przetłumaczyć moją maszynę mężczyźnie? Niemożliwe. Dlatego robię wypady i próbuję coś wydukać o potrzebie akceptacji i podziwu, które zamieniłam z potrzebą miłości już we wczesnym dzieciństwie. Ale co znaczą te słowa? Mężczyzna wyłącza się tak szybko jak ja gdy słyszę o wojnie, polityce i najprostszym mechanizmie wytwarzającym prąd. Gdy się skupię, zadam dodatkowe pytania, potrafię zrozumieć, ale tylko gdy opowieść trwa dwie minuty.

Teraz, gdy to piszę, czuję się upokorzona niezdolnością zrozumienia męskich spraw, tym, że ja nie wynajdę żarówki, bo po prostu nie lubię skupiać się na drucikach. Dziś sama zrobiłam coś w rodzaju szydełka ze spinacza, ale na tym się kończy moja wynalazczość.

Ale żeby nie zmieniać tematu – mężczyzna pokazał mi, że niektóre terminy są wspólne dla niego i dla mnie, a więc mogę powiedzieć coś, co będzie obiektywną prawdą, odczutą podobnie przez różnych ludzi, coś o określonej wartości. Powiedzieć albo zrobić. Że łatwiej jest zaspokajać swoje potrzeby niż szukać głębokiego porozumienia dusz, w którym uczestniczą gwiazdy i wiara katolicka. Że prosto nie znaczy źle, bo sami musimy zbudować dom i wyposażyć się w to, co konieczne do przeżycia.

Chciałam wyrzucić moją maszynę, ale zamiast tego chyba nauczyłam się traktować jej wytwory jak coś mniej realnego niż relacje i obiady. Bo to przecież moja maszyna, we mnie. I napędzają ją właśnie lenistwo, łakomstwo (też to łakomstwo niefizyczne) i lęki.

Jestem teraz bezbronna, nie mam ukrytego sposobu ocalenia. Mogę wejść sobie w tryby maszyny, ale maszyna może zatonąć. Mogę wyjść naprzeciw człowiekowi albo Bogu i znów jestem sama i mogę zatonąć. Może to jeszcze nie schizofrenia, ale muszę oddzielić ludzi od maszyny. Jak… John Nash, o którym jest ,,Piękny umysł”. Nobla może nie dostanę. A może dostanę? Ale wszystko zależy ode mnie. Tutaj. A gdy zza rogu wyjdzie śmierć…

No i chciałam się jeszcze pochwalić, co zrobiłam z reszty wełny po szaliku:

I moja nocna improwizacja…

Terror niesklejonych powiek

W ślepej ciszy leży człowiek

Pokonała go bezsenność

Walczył długo – nadaremno

Rozciągnięty podkrążony

Beznadziejny zwyciężony

Korzystając z błysków ech

Pełznie  rośnie śliski śmiech

I zapętla się przy szyi

I zawęża się i sili

I rozpręża się wybucha

Dzikim rżeniem obok ucha

Kto się śmieje Chyba wróg

Prostych sielskich sennych dróg

Po nich mknie sosnowy lew

Po nich ważki srebrna krew

Po nich po nich cisza grusza

Zna ich zna ich i nie zmusza

Zaśnij zaśnij dzwon się srebrni

Umrzyj powstań zabiel w czerni

Chicho chichot dziki ryk

Skomlej zarycz zawierć w krzyk

Ach i och i ach planeta

Kot tam gdzie tam kto tu czeka

Paraliż opalisz odpalisz i trach

Ulegnij nie woła ulegnij mi w snach

I zamilcz już cicho już kończy się noc

Bezsenny targnięty zwinięty jak koc

To człowiek nieczłowiek zrudziały jak złość

Zwinięty targnięty wypluty jak mdłość

I chichot i rżenie ucięte jak łeb

I ciemno w tej ciemni i sączy się krew

Srebrzysta i ważki i kończy się noc

I grusza och grubsza ej co to za moc

To człowiek nieczłowiek targnięty złożony

W te macki w te sidła bez snu – zwyciężony

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dzień nowy – czy tragedie są tragiczne?

20 gru

Dzisiaj piątek, dziś wyjeżdżam na święta do Olsztyna. Jakie to typowe. Mieszkać w Warszawie, ale sercem i początkiem tkwić w mieścince oddalonej o kilkaset kilometrów. Ostatnio na zajęciach miałam Kafkę. Kafka jak Kafka – dreszcze, poczucie zawieszenia w smutnej nieskończonej przestrzeni i nadzieja, która ma smak zepsutego jabłka. Boję się teraz śmierci, która jest jedyną rzeczą bardziej przerażającą od życia. Och, żeby moja wina kończyła się na tym, co robię, gdy jestem sam na sam z… ale nie, ona rozciąga się na chwile „samotności” (kto naprawdę potrafi odciąć się od myśli o świecie?), na procesy, których nie staram się zatrzymać i na to, czego nie robię. Obok winy mam wrażenie, jakbym patrzyła na świat przez okulary zamazane sprejem. Czasami drapię i wydaje mi się, że wyłania się w końcu prawda, ale kto mi zagwarantuje, że nie mam na sobie kilku par? No ale jak inaczej dojść do tego jak nie poprzez działanie? W końcu sam fakt zajmowania się życiem daje mi poczucie, że nad nim panuję, bo nawet jeśli przegram, to wiem, że jestem w stanie działać dalej, tyle że w innym kierunku. Ha, lubię sobie czasami tak powzdychać.

Na tych zajęciach z Kafką było zalewie kilka osób – profesor z wąsami żółtymi od papierosów, który na każdych zajęciach mówi ironicznym tonem „Kościół, Matka Nasza!” i szuka okazji, żeby bez oskarżeń o nienawiść nazwać chrześcijan baranami, chłopak, który na pewno jest gejem i pomaga profesorowi szukać pretekstów do baranowania, ma dziwnie ostrzyżone włosy, tak że dłuższe są tylko pośrodku, jak białe futerko borsuka, a kiedy się uśmiecha, wygląda jak szczęśliwy kocur, pulchna dziewczyna, która rzadko coś mówi, ale co i raz z jej lekko mętnych oczu wychodzi ciemny błysk ironicznej inteligencji, szczupła dziewczyna o ciemnym makijażu i twarzy tak otwartej, że można czytać w niej każde poruszenie, inny gej, który jest wyjątkowo chłopczykowato-przystojny, a mówi tak, jakby bawił się każdym słówkiem i jednocześnie oczekiwał pogłaskania po brązowych włoskach i wreszcie ładna dziewczyna, która, o ironio i sarkazmie, nosi to samo imię, co ja, przez co czuję się jej bliższa. Gdy słyszy jakąś teorię, nigdy się z nią nie zgadza, a jeśli tak, to już na całego. Wciąż powtarza, że literatury nie czyta się po to, żeby mieć z tego pustą przyjemność, że jest pisana i przerabiana po to, żeby… no właśnie. I tu może powiedzieć wszystko. Która przeczytała tyle, że wciąż to jakoś się ujawnia i która ma potrzebę mówienia o tym, co czuje sama, ale w taki sposób, ze nadal jest inteligentną, oczytaną i nienachalną osóbką. Byłam tam jeszcze ja. Ja i profesor – kiepska mieszanina. Zanim poznałam dobrze jego preferencje antybarańskie, otwarcie powiedziałam, co myślę na jakiś temat związany z wiarą. Od tej pory już wie, jak na mnie patrzeć. Zwłaszcza, że się spóźniam i nie czytam wszystkich tekstów. Agnieszka i ja – mój podziw, moje poczucie pokrewieństwa odczuwania, mogą być jakoś widoczne, ale gdyby tylko na tym się kończyło! To by było do zniesienia. Ale Agnieszka musi czuć też, że ja chcę ją wykorzystać, popławić się w książkach, które ona przyswoiła, zabrać system, którym działa, porozmawiać po to, żeby poczuć się lepiej sama ze sobą, że nie zależy mi na niej jako na człowieku. To czuć, to czuć tak mocno. A ja nie mam wciąż narzędzi, żeby to ukrócić.

No dobrze, ale czemu ja w ogóle to wszystko piszę? Otóż czekałam w napięciu na odpowiedź od Pawła, mojego chłopaka. Jeszcze tak nie miałam. Miałam, ale dawno. A teraz jakoś się przejęłam tym, że się martwi i nie umie tego powiedzieć w smsie. I że potem nie odpisuje. Dlatego zapisałam tyle pustej przestrzeni – bo to mój tik nerwowy, to uspokaja. To, co odpisał siedem minut temu nie podniosło mnie wcale na duchu. „To długa opowieść”. I co ja mam o tym myśleć, podczas gdy mamy nie widzieć się jeszcze tydzień i podczas gdy równo rok temu zerwał ze mną mój poprzedni chłopak – Paweł? I gdy dowiedziałam się o jego zamiarze z dziwnego smsa, którego wysłał mi gdy byłam w Olsztynie z okazji świąt?

No cóż. Ale nie tylko dlatego tu piszę. Muszę się w kilka minut ogarnąć! Muszę teraz:

- Spakować się i namówić do tego samego mą siostrę Annę,

- Powiesić pranie,

- Uczesać się i przebrać (tak, to też ważne),

- Wrzucić rzeczy do torby,

- Wybiec z domu na zajęcia.

Radosnego bycia!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dzień pierwszy

14 gru

Zamierzam zamieszczać tu plany na każdy dzień i spowiadać się z realizacji, wspominając o ciekawych rzeczach, które zauważę wokół lub w środku mojego smokowatego mózgu!

Jest 19:19.  Już 19:23.

Dziś planuję jeszcze:

1. Posprzątać w pokoju z odkurzaniem.

2. Upiec ciasto.

3. Napisać scenariusz pseudo-słuchowiska na studia.

4. Położyć się spać przed północą (a to, o dziwo, może być największym problemem).

 

Złote zdano: gdy zrobienie czegoś zajmuje mniej czasu niż myślenie o tym – zrób to natychmiast.

Realizacja:

1. Posprzątałam, ale bez odkurzacza.

2. Upiekłam. Niestety możliwe, że coś z tych dwóch opcji tam zaistniało: zakalec, surowość. Chyba pójdę drugi raz sprawdzić.

3. Nie napisałam, słucham gotowych materiałów, które będę ciąć, może jeszcze coś pisnę na kilka minut na w razie czego.

4. Jest 2:16.

Nie jestem zadowolona, oj nie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii