RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2014

Ach.

24 kwi

Maksymalna strata czasu i minimalna motywacja. Tracę wszystko. Muszę teraz coś zrobić do końca tego dnia, o dziwo brak zobowiązań, wolność, jedyne co, to tylko to, że wciąż trochę bardzo trudno mi ze sobą, że wciąż coś robię nie tak. To dojmująco przykre uczucie. Dojmująco? Nieważne, ja wiem, że można żyć i działać, i pracować, nie  myśląc nad stanami wewnętrznymi, nawet bardzo długo. Ale teraz mnie męczy, to co mam robić? No czuję, że muszę jeszcze i jeszcze raz przemyśleć wszystko. No ale to nic nie daje, stąd wniosek, że… że trzeba poczekać na lepszy moment albo znaleźć lepszy sposób. Na razie wybieram czekanie na lepszy moment. Dziś do zmroku chcę zrobić coś na studia. Może… może… może… nie wiem. Może… cokolwiek, coś łatwego i małego, aż do tego doszło! Na przykład… na przykład łacina. Dziś choć łacina. Aż do tego doszło.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czas nas pędzi, czas nas podkręca.

16 kwi

No tak. No pędzi. Bez czasu by się nic nie robiło, znaczy ja. No i tak. I załatwiony wpis z psychologii. Podchodzę do profesora.

- Przepraszam… czy mógłby pan…

- Tak, wstawię pani ocenę w tym semestrze.

ON WIEDZIAŁ.

No i co tam jeszcze? Jeszcze z rozmowy romantycznej mam 4. Spodziewałam się 3 lub 4, bo wcale nie powtarzałam, ale uczyłam się na bieżąco, więc musiałam dostać chwilkę i podpowiedź, zanim powiedziałam, np. jakie wydarzenia historyczne miały miejsce w Dziadach III (,,Brał w nich udział Mickiewicz i jego koledzy…”).

I co jeszcze? Chyba nic. Muszę ogarnąć w-f i resztę świata. Jestem już w miarę stabilna psychicznie. Powiedzmy.

Mam nowy przepis na prostackie ciasto w pół godziny (z pieczeniem):

Do jednej michy jogurt, ze szklankę, olej, z 3/4 szklanki, ze dwa jaja i aromat jaki kto chce (albo i bez jak nie ma). Do drugiej michy mąkę z 1,5 szklanki, proszek do pieczenia z łyżeczkę i cukier z 3/4 szklanki. Wymieszać obie michy, a potem połączyć obie michy i pomieszać. No i ja to wlałam do foremek na babeczki, ale można i do jakiejś płaskiej blachy (w za wysokiej może za długo się piec i tymczasem przypalić się skórka) i ma się ciasto jogurtowe. Trza sprawdzać drewnianym kijem, czy już suche w środku.

I wylazły brzydkie, nieforemne, ale zjadliwe baby. Posypałam je cukrem pudrem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O nieczłowieku z ludźmi

13 kwi

Nieczłowiek nieżyje

Niegada (gad paskudny)

Niemyśli czuje

 

Siedzi przy stole

Kiwa łbem rzuca żartem

Zdradza chce nierozumieć

 

Gdy wyciągnie rękę

Poliże ją pies

Podejmie poeta

 

Gdy zarzuci oko

Złapie litość pytajnik

Naiwność drwinę

 

Nieludzką nagość

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Piszowanie

10 kwi

Nie mam nawet szamponu, co go bym mogła wziąć ze sobą. Pranie się suszy i nie skończy do rana. Chyba że przeleję szampon i odżywkę do małych butelek, genialne. Nie mam wydrukowanych tekstów i chyba też kartek na druk. Nie mam żadnej kasy w gotówce. O niczym nie pomyślałam, a teraz prawie druga. Jutro bankomat, dziś szampon. Czy o czymś jeszcze zapomniałam? Wstać wcześniej, żeby ten… no… żeby pranie ususzyć jak kwiat. Dziś teksty. Ale nie chce mi się nawet tego zrobić. Ale jestem pewna, że jutro wstanę. Do lekarza mi się nie chciało, ale na Pisz to chętnie. Koty lubią mleko. Sukces, że na czas wysłałam zadania z diachronu. Termin 23:55, a o 23:54 już poszły. Chyba się załamię. Złamię. Połamię. Przełamię. I dostałam ostatnio mandat na 20 zł za brak portfela z dokumentami (tuż przed zarobieniem 20 zł za korki), ale planuję nie płacić. Wiem, że wyrzuty sumienia i lęk mnie zjedzą. Nie lubię odpowiedzialności.

I coś jeszcze? Pewnie tak, ale lecę kończyć pakowanie. Chyba że rano…? Tak, rano! Musi być rano.

Boję się. Znów najmocniej się boję. Ale to dlatego, że… że… że nie ufam już sobie. I nie tylko sobie już nie ufam. A myślałam, że ufam. Teraz chyba nie ufam nikomu. To okropne. A może ufam? Zaraz… chyba tak, chyba nikomu. Chcę ufać komuś! I sobie…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

09 kwi

Dzieje się ze mną coś bardzo złego. Czuję się nieporadna, bezsilna, samotna, głodna, pełna pustki, nierozsądku, niewiedzy, niepewności. Boję się, że zrobię coś głupiego, straciłam jakąkolwiek pewność, mam ochotę się schować, ale wiem, że to nic nie da, czuję że się staczam. Nie przeżywałam tego od tysiącleci. Właśnie kompletnie bez sensu z godzinę gadałam koleżance o swoich byłych i obecnych relacjach z mężczyznami, a teraz wywnętrzam się w internecie! Nie umiem się ogarnąć. Boję się. Bardzo. Czuję się tak, jakbym się cofnęła o dwa lata. Wtedy taki stan to była dla mnie codzienność.  A co teraz? Straciłam kontakt ze sobą i z innymi, nie wiem, czego chcę, wiem, że żaden psycholog mi nie pomoże, żaden ksiądz, żaden człowiek… muszę tylko wiedzieć, czego chcę, a nagle i niespodziewanie NIE WIEM. Nagle straciłam sens i cel ŻYCIA. W sensie jak chodzi o teoretyczne wskazanie celu głównego, to bez problemu, ale nie umiem stworzyć celów pośrednich, zgubiłam się. Boże, nie umiem już nawet uwierzyć, że może jeszcze być dobrze, czuję się tak, jakby ktoś mnie wyrzucił z wanny. Nie umiem znaleźć podłogi, jestem w próżni.

Już wiem, co może być trochę nie tak. Fejsbuk. Po co znów tam się udzielam, po co? Przecież to kompletnie nie po drodze, to źle na mnie wpływa.  Fejsbuk to kraina bycia nie-sobą, a ja przecież muszę żyć realnie, bo i bez fejsa mam z tym problem (kto go nie ma – nie zrozumie). Co jeszcze nie tak? Blog… to nie od tego miał być, ale od ogarniania zadań studiowych. (Tyle zbudowałam, dbając o to dla relacji, ale i dla siebie, a teraz nagle to się wali i muszę od nowa.) Szukam ukojenia tam, gdzie nie trzeba – na zewnątrz, a trzeba je znaleźć w środku. Tak zrobię.

A poza tym nic dziś nie zrobiłam. Nic.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak się udało?

09 kwi

Nijak się udało. Nie poszłam do lekarza, smutno mi jak morsowi, który zgubił ocean. Zaraz pojadę do BUW-u, ale energii mam tyle, co pies, który przebiegł Saharę, pijąc tylko krew martwego morsa. W sumie to nawet nie przebiegł.

,,My tak kochali – a pili truciznę!
My tak żyć chcieli – a żyli w zamroczy!
Inni, ach! będą oglądać ojczyzno! -
Nim słońce wejdzie, rosa wyżre oczy!” – Zygmunt Karsiński.
Kochany Karasiński. No i co, że miał romans z Delfiną?
I co teraz, co z tego oceanu żalu nad sobą, który mogłabym zastąpić twórczą pacą w wybranym kierunku?
Teraz wybieram się do BUW-u. Kolejność: książki -> bank -> BUW. To chyba wszystko, co muszę zrobić. Najchętniej bym nie zrobiła, ale zrobię. Muszę jeszcze kupić bilety do Pisza i ustalić z Pawłem, czy przyjedzie, bo jeśli nie, to zostanę w Piszu do niedzieli. W sensie muszę się upewnić, czy… ale w sumie po co? Po co mam zostać do niedzieli? Konkurs i warsztaty są w czwartek i w piątek. Pisz dwa lata temu to była ostoja i rozkosz, dzięki ludziom, którzy tam byli. Ale nie mogę się spodziewać, że znów będą tacy. Wtedy to byli ludzie o średniej wieku 55 i wszyscy byli natchnieni. Może i alkohol im pomagał, ale nawet na kacu byli najcudowniejsi, odprężeni, pełni nadziei, bez natrętnych zmartwień nastoletnich. Mówili między sobą o przyjaźni, drzewach i poezji, a ze mną i z inną młodą o życiu, miłości i Bogu.
To było najpiękniejsze na świecie. I jeszcze podróż do Prania, gdzie ptaki po prostu rozsadzały las słonecznym śpiewem. I pan Raginiak (pierwsze nazwisko na blogu!), który… och! Aż nie mogę się wysłowić. Ale to było w tej fazie, kiedy wszystkim się zachwycałam dużo bardziej niż teraz. Pan Raginiak, który miał trudne życie pełne ciężkiej pracy, znalazł żonę, którą kocha ze wzajemnością wiele lat, zajmuje się całym swoim miasteczkiem i jest uprzejmy dla takich małych nastolatek, dla każdego, choć szczerości to nie wyklucza. Pan Raginiak, który jest POETĄ. No i Alina – która żyje sercem, nie unikając rozsądku. To ona mówiła mi i koleżance o tych najważniejszych rzeczach. Do dziś myślę o tym, co mówiła. Uczy dzieci w szkole o malutkich klasach i żyje życiem rodzinnym z mężem i synami. No na pewno w tym wszystkim jest i zamęt, i problemy typu nie do rozwiązania, ale skoro już u mnie się zamęt wyciszył, to po tylu latach podejrzewam, że wycisza się jeszcze bardziej.
No ale nie zostanę do niedzieli. Umówiłam się z Pawłem. Zresztą teraz będzie zupełnie inaczej. Teraz ja też już piję i jedzie moja znajoma.
To co muszę teraz zrobić? Muszę wykonać tamten plan. I powinnam napisać do faceta od romantyzmu. To do dzieła……..
Ale tu wielki demotywator: dostałam 5 z zaliczenia z przedmiotu, którego się wcale nie uczyłam. Tyle tylko, że wysłuchałam nie wszystkich wykładów i raz przejrzałam notatki z jednego. I jak mam teraz mieć motywację do nauki, poza czysto wewnętrzną? Inna sprawa, że zaliczenie było jak dla idiotów – trzeba było tylko podkreślać, a pisało się samo nazwisko. A profesor uczy tak, że nawet nie notując, ma się wszystko we łbie. Wrzeszczy tak głośno i tak zaskakująco nagle, że w ostatnim rzędzie nie da się pospać. Mówi tak wyraźnie, dokładnie, wolno, z przykładami… skąd się biorą tacy ludzie?
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jakoś tak rodosno.

09 kwi

Ten blog przez moment będzie przypominał mój dziennik sprzed lat. Bo czemu nie? Potem się ogarnę.

Na facebooku pogadałam sobie z moją koleżanką, z którą dawno nie miałam kontaktu i było bardzo miło. Przeprowadza się do Warszawy na studia magisterskie za rok, a tymczasem dzielimy uroki i cienie życia studenckiego – dni od ósmej do ósmej i chwile z… Simsami. Poza tym skończyłam drugą część przygód Bridget Jones i naprawdę się wzruszyłam. Nie sądziłam, że jeszcze jestem do tego zdolna… za dużo przebywania wśród wierszy i artykułów o nich, żeby się tak mocno wzruszać, za długo po adolescencji. A ta urocza współczesna powieść tak mocno mną ruszyła. Ta banalno-niebanalna urocza powieść… Jaka szczęśliwa Bridget, wciąż ta sama, ale już z Markiem Darcy, już jako dziennikarka-wolny strzelec, już z perspektywą małych dzieci, które będzie tulić i które Mark będzie wynosił pod pachami, gdy będą niegrzeczne. Po tylu przejściach, już spokojniejsza, szczęśliwa Bridget. Poza tym w czwartek jadę do Pisza na trzy dni poezji i muzyki, a do tego słucham teraz mojego najukochańszego Grechuty. No i wiosna przyszła, pachnie wszędzie i jest gorąco w autobusach. Czytałam dziś Bridget w okienku na ławce, a kiedy podnosiłam głowę, raz wokół nie było nikogo, a raz studenci byli wszędzie i było mi dobrze dlatego, że byli. Czy to jakaś forma wampiryzmu, czy uświadomiona stadność – nie wiem – ale czuję się dużo bezpieczniejsza, gdy obok rozmawiają miło ludzie.

Zaraz zacznę się ogarniać, jeszcze tylko napiszę, że poza tym dużo czasu spędziłam z koleżanką, która na ogół nie ma na to czasu, bo robi WSZYSTKO i to też było miłe. Miłe-przyjemne. Jeszcze zagadałam kolegę, którego znam od pierwszego dnia polonistyki i z którym kiedyś częściej gadałam, ale to było mniej przyjemne, bo najpierw zrobił dziwny ruch rękami i krzyknął: ,,Nie mów mi o Słowackim!”, a kiedy powiedziałam mu, co naprawdę miałam powiedzieć, wprawdzie wyczerpująco rozwinął temat, właśnie tak, jak chciałam, żeby rozwinął (bo po co rozmawiać, jak nie po to, żeby usłyszeć to, co chcemy?) – a mianowicie powiedział, że on nie uważa, by Freud wykluczał Boga – ale zaraz potem włączył się w ogólną radość, że nie ma wykładu i uciekł ode mnie, zanim skończyłam mówić. Poczułam się jak Rebecca z Bridget, która chce być wciąż w centrum uwagi i w sumie tylko to.

Ale pani profesor od emisji głosu uśmiechnęła się do mnie, gdy spotkała mnie na przystanku. Prawda, że to był piękny dzień?

Pomijam fakt, że przysnęłam na GOJP-ie, że jeden znajomy obraził się na mnie, bo nie wpisałam go na wykład, że moja ulubiona pani profesor przeżyła dziś spore upokorzenie, a ja nic nie umiałam zrobić w celu pocieszenia i nie potrafiłam powiedzieć, jaką rolę w literaturze spełnia spójność, że w domu jest strasznie, a nie chce mi się tego naprawić, że poza tym też jest strasznie i ręce opadają. Że nie chce mi się nic robić dla nikogo i bałabym się odpowiedzialności nawet za muchę, zwłaszcza teraz… Głupia konsekwencja. Głupia wola.

I tak dochodzimy do ogarniania. Jutro środa. W sensie dzisiaj. Ale powiedzmy, że to jutro. Muszę zapisać się do lekarza wreszcie. I zrobić badania krwi. Więc powiedzmy, że o 9 wyruszę z domu. Na pewno będzie za późno, ale wcześniej nie da rady. Co jeszcze? No i lekarz. A potem musi być BUW. Oddanie książek i przeczytanie rzeczy na internetowy diachron. I może wypożyczenie romantyzmu, bo nie będzie potem kiedy. I co potem? Ewentualnie to: koncert z robiącą WSZYSTKO koleżanką, a potem… warsztaty… o nie!

Umawiałam się z inną koleżanką (to pozory, że ich ileś jest, to nie są takie koleżanki jak Wasze. Ja nie mam ogólnie koleżanek, bo nikt mnie nie lubi, na ogół jestem sama i chyba mi z tym dobrze, skoro tego nie zmieniam. Ta koleżanka nie ma ze mną nic wspólnego psychicznie. Nie rozumiem naszej relacji.) już sto razy i zawsze któraś odwoływała! I umówiłyśmy się na jutro po 18. Ale to dobrze, to nie idę na warsztaty. Ale szkoda, że nie idę. Ale dobrze, że nie na czwartek. Więc pewnie tylko to spotkanie, chyba że się umówimy na później. No i co jeszcze? No nie wiem… hm… no i spakować się na Pisz, a pojutrze po 8 wyjazd. Czyli wstępnie lekarz, BUW, diachron i koleżanka. Nie chce mi się dziś… co dziś? Dziś… ach – ogarnąć dom w sensie relacji. Nigdy mnie nie pociągały cudze problemy, a teraz mam olśnienie, że na te obok mam jednak wpływ. No i co mi po tym olśnieniu, jak nigdy się nie nauczyłam nic z tym robić?

Jeszcze chciałam wysłać teksty na konkurs przed Piszem, bo termin mija 10.04. Będę teraz słać teksty wszędzie, aż wygram coś wielkiego i nikt już nie powie, że… nieprawda, nadal będę nędznym nierobem, który na dodatek ostatnio nie ma nawet iskierki życia twórczego w sobie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bridget Jones jest miła.

05 kwi

Późno w nocy, ku swojej wielkiej uciesze, upiekłam murzyna. Zajęło mi to, łącznie z pieczeniem, chyba nie więcej niż pół godziny. Podaję przepis, bo wyszedł dobry:

Do jednej michy wsypać na oko cukru, mąki, proszku do pieczenia, kakao i przyprawy do piernika, zamieszać tak, żeby całość miała ten sam kolor. Do drugiej michy wtłuc ze trzy jaja, dodać oleju i mleka na oko, zamieszać (jaja można najpierw roztrzepać widelcem), połączyć ekspresowo wszystko w tej pierwszej misze, rozsypując proszek na skorupki od jaj, i przelać na taką blachę, żeby nie trzeba było na nią kłaść papieru. Wstawić do piekarnika z termoobiegiem i ze 180 stopniami, zmyć dwie miski, widelec i łyżkę, wyrzucić skorupki, wytrzeć blat i pójść sobie pograć na komputerze. Za chwilę wrócić, wąchając, czy się nie pali i sprawdzając drewnianą pałką do sushi, czy nie mokry. Jak wszystko, gra, wyciągnąć i zjeść na ciepło 1/4, żeby upewnić się, czy rzeczywiście jest okej. A jak robię z przepisem, to zawsze się nie dopiecze albo ma zakalca! Trzeba słuchać serca!

Jedząc, czytałam ,,Dziennik Bridget Jones”. Zasypiając, ok. 5, wymyśliłam temat pracy na OGUN, bo obiecałam chłopakowi, że wczoraj wymyślę. A przyjaciółka dziś mnie zaprasza na wspólne pisanie prac. To był w sumie mój pomysł. Ale jeszcze nie mam literatury. Dziś do 13 gdzieś kończyłam ,,Dziennik”, potem jadłam ciasto i kanapkę, potem zadzwoniła studentka I roku, że chce korepetycji (!) i zgodziłam się dopiero, kiedy upewniłam się, że wiem, o czym mówi. Na szczęście ten temat był mi najmilszy w zeszłym roku z całej gramatyki. Jutro na 12 jadę do niej. Jestem troszkę jednak przerażona, ale cieszę się, że zarobię, bo ostatnio nie mam w ogóle kasy, a wiszę jednej osobie 10 zł, a drugiej 4, i na dodatek to jest związane z alkoholem. Poza tym miałam kupić przyjaciółce coś dobrego, bo znalazła 200 zł, które dałam jej razem z pożyczoną litanią do św. Rity. Muszę tylko dogłębnie powtórzyć temat tych korepetycji.

A oceniając ,,Dziennik” – podoba mi się! Serio, ja takie rzeczy pochłaniałam w podstawówce i mi się podobały bardzo, to mi się kojarzy z Aniami z Zielonych Wzgórz i Pollyannami , one też były nieogarnięte, romantyczne i były moimi bohaterkami i też wszystko było takie niepretensjonalne i niesilące się nie nie wiadomo co! Nie to co wydumany język Zmierzchu czy innych 50 twarzy lub tanich romansów (Przeczytałam jeden jedyny w wieku może 15 lat, siedząc w upale nad jeziorkiem i jedząc 200 gramów taniej czekolady z orzechami, i wtedy coś zaczęło się palić mi tuż przed oczami ogromnym płomieniem. Nie pamiętam, co się potem stało.)

No i kończąc ten wywód, wywołany zapewne uczuciem szczęścia ciastowego, lekturą dziennika i wielkim niepokojem wewnętrznym związanym moim z drugim największym życiowym dylematem (pierwszy – wybór studiów) – muszę się dziś ogarnąć!

Przyjdę do Kasi najpewniej na ok. 18.30. Jest 20 minut do 15. Mam w domu trzy godziny. Muszę zagnieździć się w swoim temacie, poszukać literatury do niego, napisać może jakiś plan pracy, przeglądając tę literaturę. Poza tym powinnam zacząć się orientować w powtarzaniu cech głosek. Znaleźć sobie jakieś coś z materiałami. Ta studentka ,,ma wszystko w książce”, ale i tak się boi.

Tak mi się nie chce :( Tak kocham mój OGUN i moje studia, a tak mi się nie chce! Co robić? Może… no właśnie nie wiem. Może… hmm… no i nic. Nie wiem, od czego zacząć to szukanie literatury. Paraliżuje mnie ta niemoc i bezradność. Do tej pory miałam zawsze ogromne problemy z literaturą do prac. Jak ja ją znajdowałam? Przede wszystkim omawiane dzieło. I co potem? Potem… potem jak dotyczy osoby, to w bibliografiach. A jak dotyczy konkretnego zagadnienia z konkretnego dzieła? Hm… na pewno ktoś już o tym pisał. Pani profesor mówiła coś o Umberto Eco. I ze chyba był w syllabusie do zajęć. Tam zacznę. Trzymajcie za mnie kciuki!

… Ten Umberto Eco jest po angielsku… Ja nie umiem angielskiego na tyle. A reszta syllabusa jest jakaś nie na (mój) temat.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przeżycie.

03 kwi

Przeżyłam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Glenzga w okarnianiu.

03 kwi

I jeszcze zajęcia z diachronicznego, więc pisanie tak, jak się słyszy, przy pomocy zaledwie dwudziestu paru znaków (bez ę, ą, ż…), stąd może tytuł notki. A może z tąd: https://www.facebook.com/JesteKoteJakRowniezDoktorante.

W każdym razie klęska po całości. Zaraz świt, a ja do tej pory całą noc jadłam pomarańczę i oglądałam komiksy o takiej dziewczynie, co nazywa siebie leniwą bułą. A za parę godzin mam mieć coś ważnego. I jeszcze się nie układłam, i na pewno nawet zaśpię. I wszystko leży, a dzień przed tą nocą… co robiłam? Chyba wyżywałam się w internecie, próbując pisać mądre rzeczy obcym ludziom. No i ta glenzga. Dobranoc.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii