RSS
 

Archiwum - Marzec, 2015

Jak się ogarnąć?

11 mar

Siedzę sobie w piwnicy polonowej i staram się myśleć. Ale nie mogę myśleć, bo blokuje mnie strach. bo to tak, że… a w ogóle to dostałam się na rozmowę kwalifikacyjną do Erasmusa, ale nie poszłam, bo zapomniałam, że podałam innego maila. Wspaniale. Ale i tak nie wiem, czy bym jechała. Teraz ostatnia nadzieja w ewentualnej przyszłej drugiej turze.

Tur to zwierzątko. Zwierz. A ja dużo rzeczy robię ze strachu, albo raczej wielu nie robię. Dziś w busie starszy pan napastliwym tonem rzekł do mnie: ,,pani weźmie tą torbę!”, a były inne wolne miejsca poza tym, na którym moja torba sobie siedziała. Żadnego gestu, że chce usiąść, nawet zauważyć go nie zdążyłam, żadnego ,,czy można”, tylko od razu, z buta, pretensje. Popatrzyłam na niego spode łba, ale nie zaczęłam się kłócić ze strachu przed publicznym upokorzeniem. No i dobrze zrobiłam. Mogłam nawet powiedzieć coś miło, niech już by miał.

Ale teraz źle robię, że pozwalam strachowi się blokować. Muszę przede wszystkim odważnie spojrzeć prawdzie w oczy – zerknąć, na ilu zajęciach nie nie było (chorowałam i żyłam w pół-śnie przez cały początek semestru), a potem zbadać możliwości ocalenia. Dziś nie ma mnie czwarty raz! To tragedia jest jakaś. Czemu tak? Bo lektorat i bo choroba, a głównie nieogarnięcie. Czwarty raz nie ma mnie na zajęciach, na które nie jestem zapisana. To jakieś żałosne dno… A poza tym trzy razy nie byłam na nowych zajęciach, których chyba jest razem pięć i trzy razy na zajęciach, których jest dużo. A na dodatek trzy albo cztery razy (zależy od tego, co wybiorę) na dwóch w-fach, na które także nie jestem zapisana. Słabo mi.

I co ja zrobię? Jakie są możliwości ocalenia? Tylko iść na żebry. To okropne, ale nie ma innej opcji! Jest inna – olać wszystko i nie zdać. Dziękuję bardzo. Z jednego tygodnia mam zwolnienie lekarskie. Chyba są na tych jednych trzy nieobecności na semestr dopuszczalne, więc okej. No i co dalej? I dalej o tak – poprosić o możliwość łażenia w środy na 9.45. Do 11.15. Jak się nie uda – kaplica totalna, dno najuboższe. Wszystko zależy od prowadzącego, który jest prodziekanem! Już milion podań do niego nosiłam.

No ale może? Może… A co więcej? W-fy. Najlepiej by na jutro było coś wziąć. Na dziś, na teraz. Ale czy ktoś mnie przyjmie? A może na piątek z samiuteńkiego rana? Wiadomo, że nie wstanę, hihi, no ale jak poczuję konieczność, adrenlinkę? Jakiś ranny basen? Nienawidzę basenu, ale co robić?

To mam już plan i nie muszę realizować go dziś. Dopiero za tydzień i w ten piątek. Fantastycznie. A teraz… teraz spróbuję może odpisać tacie ucznia, że dziś mam czas od 17.30 w górę. Ach, no i w czwartek, czyli jutro, także mam czas po południu. Będę musiała iść na żebry jutro i pojutrze. A także może za tydzień w środę.

A zaraz mam okazję spytać tego prodziekana, czy mogę do niego chodzić. Wolałabym na bieżąco żebrać, a nie tak, ale chyba trzeba? Nie wiem, zaraz zdecyduję.

A teraz? Muszę odnaleźć możliwy jakiś w-f. ale nie ma. zaraz wrócę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii