RSS
 

Archiwum - Maj, 2015

LALALALALALA.

28 maj

Tutej piszem jak chcem, to takie odprężające, to żadna praca. A poznaję to dopiero, gdy trzeba dbać o składnię, powtórzenia, gramatykę i resztę. Tu tylko się staram stawiać przecinki właściwie, bo nie uważam, żeby zaliczały się do stylu, myślę, że muszą być stawiane poprawnie. Inna sprawa,  że nie zawsze mam pełną pewność, czy stawiam je okej!

Jestem w lochach polonu. Jestem po nieudanym teście z dialektologii. Głupio mi było oddawać jako pierwsza na wpół uzupełnioną kartkę, niepoprawnie uzupełnioną. Ale nie nauczyłam się. Nie ogarnęłam się. Nie wiem czemu. Po prostu. Przykre. Oby wyrobić się z poprawą…

No i ten, tego… no i chcę tu se spisać, co ja muszę robić, żeby nie było jak z tym testem powyżej. Jestem przerażona nawałem zadań, a z drugiej strony – mam trochę i wolnych dniów. A przynajmniej pół-dniów. Jestem tak przerażona, że mnie to paraliżuje. Mam ochotę na zieloną herbatkę. Albo owocowo-ziołową.

No ale mam jeszcze 8 minut, lub troszkę więcej, lub troszkę mniej do dyżuru. Muszę ZACZĄĆ. Należy:

* szybko wybrać datę zaliczania licencjatu, a raczej jego obrony,

* załatwić glotto-praktyki, najlepiej tylko na piątki, w przedszkolu (za ok. 8 minut, oby, oby),

* iść na dyżur z testowania, na dyżur z HLP i na dyżur z dialektologii zapewne,

* napisać przynajmniej jedną (na razie) pracę na OGUN z filozofii,

*

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Piwo na miodzie gryczanym.

27 maj

Bardzo smaczne. I co mam robić? Wszystko. Dużo rzeczy naraz. Jednocześnie. Jednoczesność. Jest 23:29. Piwo jest smaczne. Jest 23:40, bo patrzyłam na filmiki. I co mam zrobić? Wszystko. Może jakiś film dłuższy obejrzę? Mądry? Nie. Muszę zrobić dużo naraz. Jednocześnie. Jednoczesność.

Muszę tyle, że mi się nie chce myśleć i czuć, i żyć, i myśleć, i robić. A czasu niewiele, a szczęście odległe. Zmartwień bez sensu wciąż wiele, a przyjaciele mają swoje. Ale piwo dobre, na razie troszkę wysączyłam, ale pewnie i tak nie zadziała, bo mi się łeb wzmocnił przez te ponad trzy lata picia. Poza tym mam do tego gorącą herbatkę. Moja koleżanka ma pić w swoim domu i to ma być piwo przez internet. Intrygujące, naprawdę. Niezwykle intrygujące.

No ale co ja muszę zrobić?

- Pracę dla cudzoziemców,

- Lekturę na HLP,

- cośtam bla bla bleee,

- nic mnie nie wyjdzie.

Więc tak – jutro wstanę se o którejś, na przykład o pofiufhu fuewfiwhfweifhwe, a teraz choć lekturkę poczytam, wyjątkowo krótkie bydlątko. Chwilowo mam dosyć wszystkiego ze względu na mamę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Siostra robiła w domu spotkania towarzyskie do 4.

19 maj

I do tej 4 nie mogłam spać. Co za beznadzieja. A teraz jest niskie ciśnienie i mam ochotę napaść na większość ludzi wokół. Jest 16.13, a o 18.30 Platon. Siedzę wreszcie w ukochanym polonistycznym lochu przy komputerze. Na korytarzu obok gawędzą laski. Wnerwiają mnie, ale ważne,  że jest loch i jest komputer. Mam ochotę na nie napaść. I mam ochotę wielką i niespodziewaną na energetyka, ale kawiarenka już nieczynna. Właśnie jakiś (inne laski weszły TU ględzić. Jedna z nich przeczytała chyba tytuł notki. Napadłabym sobie na nią.)   No i chyba zaraz wejdę na górę, żeby sprawdzić w automacie. Laski na korytarzu śmieją się jak głupie. Jestem zła na wszystko.

Denerwujące laski. Mogłam wrócić do domu na ten czas, według przeczucia. Jakie głośne i wkurzające. Już wiem – pójdę po energetyka i poczytać do biblioteki. Wkurzające laski. Cały czas wkurzona. Co za życie. Sama sobie największym piekłem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Oho.

15 maj

Wstałam jakoś po tej ósmej. Teraz malutko czasu oczywiście. Z nerwów jem tylko serek. Ale to dużo, niektórzy nie mają serka.

Wstałam i czasu niewiele, więc szybko: synonimy do ,,budowla”! Też to chyba miałam w szkole.

Budowla, budynek, gmach, blok, kamienica, dom, obiekt mieszkalny/biurowy/sakralny, obiekt, piętrowiec, wieżowiec, drapacz chmur, szeregowiec, biurowiec, zamek, willa, rezydencja, pałac, kościół, zabudowania.

A jak są duże osiedla, jak Pekin w Warszawie… jak to zwać? Nie wiem. Musi wystarczyć co wyżej. A opis? Jak się robi opis? Mam pół godziny do wyjścia. Dobra. Będzie że budowla jest taka i taka, że po lewej ma to i to, że jest zrobiona z tego i z tego. Jest wysoka albo niska, nowoczesna albo stara… Zobaczymy. Wszystko zależy od ćwiczeń.

A teraz wiersz i wydrukować dla wszystkich dzieci punkty do analizy. Nie dla wszystkich. Dla kilku grup. To se po prost skopiuję z tego, co robiłam. A jak dzieci skończą, to co? To będziemy na głos czytać. A jak jakaś grupa będzie miała lepiej, a inna gorzej? Mam stawiać oceny? Nie wiem.. spokojnie.

No to dam te wiersze z punktami do analizy. Potem podzielę na grupy. Potem one będą to robić w tych grupach i to im zajmie troszkę czasu. Potem powiem, żeby każda grupa przeczytała. Albo na początku powiem, żeby nie konsultowały się grupy między sobą i zobaczymy, jak różne analizy powstaną. A na koniec przekonamy się o tym, bo każda grupa będzie po kolei czytała.

A tymczasem… trzeba wybrać wiersz! Trochę nuda, że znów Gałczyński, ale trudno.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jutro są korki

15 maj

Jutro mam korki, prawdopodobnie dwie godziny. A na licencjat mam jeszcze czas do przyszłej środy. Trzeba mi jeszcze wysłać koniecznie jutro najpóźniej pracę na jedne zajęcia.

A dziś umieram ze zmęczenia. A jutro mam poprowadzić trzy chyba lekcje. Jedną o jakimś wybranym wierszu, a dwie o opisie budowli. Dobrze, że korki, bo kończy mi się kasa. Jestem głodna, pójdę obejrzeć lodówkę. Znalazłam karpia, którego usmażyła mama.

Tak…

I zjadłam kawałek z kawałkiem chleba. Poza tym dziś jadłam dużo, dużo na jedzenie wydałam. To nieładnie, nie wolno mi tak. Nie. Nie wolno.

Tak…

A. No i te lekcje. Dziś padam na ryj. Nastawię se budzik na 7? 7 starczy? Lekcje od 9:45. Trzeba wyjść o 9:25, żeby nie biec i się nie spóźnić. 2 godziny na czystą pracę. Hm… Bo ja niby o tej budowli to mam tego… no… to mam robić po prostu z książki, ale problem w tym, że ja tej książki nie mam, bo zostawiłam ją u nauczycielki. Nie potrafię jeszcze improwizować. Co teraz? No to trzeba będzie na bieżąco się uczyć? Hm… zaczynam od lekcji o budowli. Co teraz? Na chomiku ni ma. Co teraz? Ja nie wiem. Mam zrobić ćwiczenia, a potem na tablicy opis dwóch budowli. No to wchodzę, dzień dobry, praktykantka jestem (jeśli ich nie znam, a nie pamiętam), zrobimy opis budowli. I żeby otworzyli ćwiczenia i będziemy je robić, a potem że teraz zrobimy opis budowli razem. Pamiętam, że tam będą musieli szukać synonimów i że chyba są w tych ćwiczeniach. A te opisy? Na bieżąco? Przed całą klasą?

NIE. Rano synonimy i dwa opisy… i ew. szukanie wśród chomików.

A potem wybór wiersza i przygotowanie jakiejś pracy dla grup według planu z poprzednich zajęć i powtórzenie sobie tego, czego nie zdążyłam skończyć.

To piękne, że lekcje trwają 45 minut, a nie 1,5 godziny, jak na studiach.

Ale to rano wszystko. Teraz mój mózg cierpi, ale zajmę go czymś mniej męczącym niż lekcje, a bardziej niż nic, bo jeszcze nie dopiłam herbaty.

Porządki. Jakoś zaczęłam, to mogę w to się pobawić, pewnie niedługo mi się odechce. Zrobiłam kanapę, teraz by była pora na którąś z 13 (?) szuflad. Nadal nie wiem, jak mam zrobić porządek mądry i na długo. Trzeba może:

- wyrzucić wszystkie rzeczy zbędne (mimo że będę pewnie żałować tego i owego kiedyś i teraz),

- ustalić, co muszę albo bardzo chcę zbierać. Co potrzebuję zbierać,

- ustalić, czy to potrzebne często, czy rzadko,

- jak rzadko, to schować głęboko, jak często – znaleźć na to miejsce.

No ale to jest tak, że mam powiedzmy zeszyt z notatkami sprzed dwóch lat. I co z nim? A w tym zeszycie mnóstwo rysunków i sporo ciekawych notatek. I co? Schować? Albo mam setki, miliony kartek z przygotowania do matur z biologii i chemii, i fizyki. Wyrzucić? Sprzedać? Po co mi to? A jak wyrzucę, a potem się okaże, że potrzebne? A  jak sprzedać, to jak i kto kupi? Albo mam drewnianą szczotkę, której nie lubię. Albo plastikowe zabawki. Albo starą biżuterię dla dziewczynek. Przecież może będę miała dzieci i co? Wyrzucić? Ale przecież biżuteria ma koraliki i można ją rozmontować i potem użyć do czegoś. A jak zacząć rozcinać, to nigdy nie skończę. Paweł niby zbiera na modele śmieci, to może go spytam, gdzie to chowa.

Ale czy ja będę kiedykolwiek tego używać? Skąd mam to wiedzieć? To ja w ogóle mam coś cennego? Po co mi te mało wartościowe plastiki? No i co teraz?

No to co ja chcę? Chcę polski i ciekawe, ładne książki. Chcę pudło na rzeczy na korki, pudło na notatki ważne, ale chcę od dziś pisać tylko w zeszytach. To potrzebne raczej tylko na bieżąco. No i chcę ładne rzeczy sentymentalne i chcę materiały na: świnki, kostiumy aktorskie na lato, jakieś ładne cosie. To mogę se zrobić pudło na to. A teraz mam szufladę na to i tam jest okropnie. Więc nie wiem już. Nic nie wiem już.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gdzie, co, jak.

14 maj

Nienawidzę sprzątać. Wykładam wtedy wszystko z szuflady/łóżka/kąta i segreguję. I potem zostaje jakieś sześć rzeczy bez kategorii, a ja siedzę pół godziny na podłodze i czuję się zagubiona. Dopiero dziś przyszło mi do głowy, że nie idzie o jakieś dziwne kategorie, ale o funkcjonalność – czego rzadziej używam, a do czego chcę łatwego dostępu. Trzeba umieć łatwo chować rzecz potrzebne i wyrzucać rzeczy zbędne. Ale nie mam planu, jak to wszystko zrobić. Na razie ulepszyłam sprzątanie – robię po jednym miejscu naraz. Dzięki temu po kilku godzinach mam czyściutkie wnętrze kanapy, a pokój wygląda niemal tak samo. Zwykle przez cały dzień najpierw wyrzucałam wszystko ze wszystkich szuflad, a potem siedziałam zagubiona wśród 60 rzeczy bez kategorii. Na koniec dnia zostawało jeszcze kilka takich zbłąkanych dziwnych cosiów, a ja wpadałam w czarną rozpacz.

No i nie umiem sprzątać na bieżąco. Pewnie rzecz w tym, że chcę robić wszystko na pokaz, ale ta presja mnie dobija i w końcu wszystko upycham gdziekolwiek.

A ubrania to już w ogóle. Mam na wszytko dwie szafki. Jedna do rzeczy domowych i na stare notatki, druga na rzeczy wyjściowe i na książki. Plus wysoka szafa, której nie da się dobrze otworzyć, bo tarasuje ją szafka nocna. Nic mi się nigdzie nie mieści, nie umiem być praktyczna. Nie wiem, czy chcę umieć, nie wiem czy to możliwe.

Na siłowni na w-fie nie umiałam zrozumieć istoty zmieniania stacji, a wystarczyło podążać za osobą przede mną. Czuję się wybrakowana, coś jest nie tak…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Oddaaałłam pracę pan profesorowi.

13 maj

Tak. Pracę roczną skończyłam. Mam za to obiecane przytulenie przez Pawła. Rozdzialiki przedostatni i ostatni wymagałyby dopracowania, ale treść jest. Taką pracę położyłam dziś na biurku profesora od literatury. Ma trochę ponad 6 stron, co było do przewidzenia.

A teraz jest 13:14. O 15 mam powiedzieć, co zrobiłam dotąd w sprawie licencjatu. Zrobiłam plan. Został w domu. Wypożyczyłam książki. Poczytałam biografię. Mało.

A w piątek mam oddać pierwszą wersję, a więc 15-20 stron. Mogę chyba przełożyć na wrzesień, ale możliwe, że się zmobilizuję.

Jest środa po południu.

Dobrze. Więc co dziś powiem.

Będę mówić o Gałczyńskim, a dokładniej o muzyczności jego utworów. Chcę postawić tezę, że nie są to teksty do śpiewania, że nie wymagają muzyki, że mają już muzykę w sobie i grają w myślach czytelnika niesłyszalnymi instrumentami i że do tego być może dążył Gałczyński. One są do recytowania.  Mimochodem potwierdza tę tezę Wojciech Ligęza, pisząc, że dla Konstantego było to ważne, bo wówczas częściej niż teraz recytowało się na głos wiersze. Gałczyński o tym wiedział. Od recytacji wiersza rozpoczęło się jego uczucie do Natalii. Że wskazuje na to to, jakie nazwy nadawał tym utworom: ,,Wariacje na tematy Rejowskie”, ,,Koncert”, ,,Koncert fortepianowy”,  ,,Mała symfonia <<świecznikowa>>, jakie części one mają: ,,Uwertura”, ,,Pieśń o nocy czerwcowej” i ,,Coda”, że jego miłość do muzyki pozostała jakby niespełniona – nie kontynuował nauki gry na skrzypcach, nie mógł sam muzyki tworzyć, nie był kompozytorem, a jednak kochał ją tak bardzo, że często słuchał muzyki poważnej sam i z rodziną (Bach, Hendel, Mozart, Beethoven, Chopin, Strawiński), a i próbował połączyć w swoich utworach dwie wielkie miłości – do poezji i do muzyki. Kochał poezję już jako młody chłopak, a jego zatonięcia w niej – poezji – jego zamyślenia – były sposobem na życie w brzydkiej dzielnicy i nieszczęśliwej rodzinie.

Zbliżenie do mowy potocznej, do wolności, z jednoczesną wielką dbałością o efekt muzyki.

Potem zajmę się kwestią rytmu, tak wyjątkowego w wierszach tego poety, tak inaczej czytanego, wymagającego skupienia i zaangażowania czytelnika. Tu przykłady. Że zwracał uwagę na schemat metryczny. Że Jerzy Kierst (str 85) opowiada, że spytał K.I., jak zrobił bardzo ciekawą i rzadką w polskiej poezji miarę metryczną, że włożył tam anapest (dwóch krótkich i jednej długiej) i melizmat (na jednej samogłosce wykonuje się wiele dźwięków.). Gałczyński wiedział co robi, w rozmowie z Kierstem nazwał figury melodyczne, jakich używa, ale zaznaczył z radością, że same do niego przychodzą.

Granie tym rytmem, w jednym poemacie wciąż wyraźne zaznaczone zmiany.

Wciąż uciekamy. Z miasta do miasta.

Inteligenci.

Tęskniąca nacja. Ginąca klasa.

Mali, zmarznięci.

 

Moja poezja to są proste dziwy,

to kraj, gdzie w lecie

stary kot usnął pod lufcikiem krzywym

na parapecie

 

To mruczenie? Powiem ci w sekrecie:

jest mruczeniem kota Salomona.

A ta pani zamyślona, z kwiatami -

to moja żona.

 

A niech zerknie, mój bracie,

księżyc na Mariensztacie

albo liść zawiruje

złotawy -

 

niech wiatr dmuchnie od rzeki,

a już jesteś na wieki

zakochany w urodzie

Warszawy.

 

Teraz co?

Nonny ho!

Kruchy świat,

kruche szkło,

maski i instrumenty.

Na cóż mi

kwiaty i

szmaragd i

gitara, i

okręty?

Dach śpiewa. Dom śpiewa. Kot wstaje

i na młynku do kawy gra.

A płomyk przed świętym Mikołajem

jak szczerozłota łza.

 

Bardzo rozbija wersy.

Następnie powiem o rymach – raz takich, raz owakich – prostych i skomplikowanych. Wydają się po prostu naturalne, jakby już w nim grały jakby tylko czekały, jakby w ogóle nie były wysilone, mimo że nad wierszami długo ślęczał, naturalnie tworzy rymy w rodzaju:

celu-kapelusz, parapecie-kwiecień, dwór-C-dur, dzwonach-Eutyfrona, skrzypiec-sypie, gwiazdką-straż go, u was- zasnuwa, po morzu-położył.

Refreny! Jak powtarzane nieustannie:

Niobe, córo Tantala,

Niobe, żono Amfiona.

Wspomnę o tym, że nie dążył Gałczyński, jak relacjonuje jego córka – do doskonałości absolutnej – że pisze wiersze różne nie może to jest przyczyną tego, że wymaga od czytelnika zaangażowania w  odnajdywaniu najlepszych, a więc najbardziej muzycznych, najbardziej poetyckich fragmentów. Czasem pisze prozą, jakby chciał tym lepiej przygotować na przybycie poezji jak  najmuzyczniejszej.

Zajmę się też kwestią instrumentacji głoskowej, tu może o tych ogrodach , co ta laska zauważyła. Powiem słówko o powtórzeniach. Powiem o dłużyznach, bo są dłużyzny, utwory są długie, jak muzyczne, które nie trwają nigdy kilkunastu sekund – tak i wiersze Gałczyńskiego najczęściej są bardzo długie. Z upodobaniem tworzy także poematy.

Powtórzenia:

Dziecko się rodzi.

Dziecko się rodzi.

Nasze dziecko się rodzi.

Nadzieja.

 

Eech, muzyka, muzyka, muzyka,

spod smyka zielony kurz,

lecą gwiazdy zielone spod smyka,

damy karo, bukiety róż.

Anafory, np:

I wspomnisz wietrzny most warszawski

i mój czarny, komiczny kapelusz -

 

i te pocałunki, oczywiście -

i spacery, spacery do rana -

i znów piszę jak w pierwszym liście:

,,Chwała ci, dziewczyno ukochana!”

 

Żurawska zauważa: Domy są tu ogromne i ogromne są bramy ogrodów..

 

Ptaki nad palmami,

w palmach słodkie miąższe -

mi – ma – mi

Karmimy się snami,

a w snach znów najdroższe palmy.

 

Wreszcie wspomnę o poezji śpiewanej – że mimo wszystko są śpiewane, ale, np. Turnau jego najbardziej melodyjny fragment recytuje.

Powołam się wreszcie na różnych badaczy i ich odkrycia, choć nie wiem po co teraz do końca.

Miciński stwierdza: ,,To nie są wiersze melodyjne. To poezja, która pochodzi z ducha muzyki” – nie zgadzam się – są najgłębiej melodyjne.

Kurczę, to zaraz uzupełnię braki, ale mam już materiał na kilka dobrych minut, a resztę przegada prawdopodobnie promotor!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nowy dzień.

12 maj

Budzę się o 8.40 bez pomocy budzika, mimo ze pół nocy płakałam. Śniło mi się, że mam wielki słoik Nutelli i wielką paczkę słonych paluszków. Trącam obcą dziewczynę w jakiejś szatni i mówię: ,,Zobacz, co mam”, a ona: ,,Łał”. Siadamy razem w kącie i wspólnie to zjadamy. Potem i przedtem były jakieś przygody.

Przyszła koleżanka i mam przy niej pisać prace. Zaraz powinnam zacząć. Teraz. Najpierw praca roczna. Napiszę to.

Koleżanka siedzi za moimi plecami, a ja próbuję pisać, ale jakoś nie mam weny. Jakoś mi się nie klei nic. Trudno, spróbuję pisać według planu i na siłę, innej opcji już ni ma.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Życie ssie.

11 maj

Nie wiem, czemu taki tytuł. Może ma to związek z moją ostatnią rozmową. Nevermind. Czy rozbieżności poglądowe oznaczają koniec? Czy tak być musi? Chyba nie… Ale jak nie umiem zorganizować życia? Jak ciągle coś jest źle? Brzuch mnie boli.

Ale lekcje były cudowne. Miałam w końcu obie. Wyjaśniłam pani wszystko, nie miała pretensji na szczęście. Dzieci odpowiadały na pytania i były w miarę spokojne, bo pani siedziała z tyłu klasy. Szósta klasa zachowywała się wręcz dorośle.

A teraz w końcu 20:07. Przedtem rozmowy niedokończone i wściekłe oraz sympatyczna fryzjerka.

Teraz mam zrobić notatki z historii Polski. Dam se czas do 22:00 plus muzyka. Nagroda – rysowanie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

TRAGEDIA.

11 maj

Zaspałam. Budzik nie zadzwonił. Mam nową-starą komórkę i coś nie wyszło. Nie poszłam na jedną lekcję i możliwe, że to właśnie tę miałam poprowadzić. O 11:20 powinnam wyjść na kolejną lekcję, a więc za 15 minut, a nawet za mniej. Będę się gęsto tłumaczyć. Jestem zagubiona jak dziecko we mgle. Boli mnie brzuch z kilku powodów. Nie biorę Gałczyńskiego, bo będę TAM tylko dwie godziny lekcyjne. Potem powrót i po powrocie pisanie prac. Kto wie, czy może się uda, jeśli będę tu się motywować.

A teraz będę tam zaraz szła, na miejscu przejrzę jeszcze raz plan tej lekcji, tu nie ma już na to szans. Tych lekcji. Boję się jak dzieciak, który… który co? Który… nie chcę być jak dzieciak. Więc jak będzie?  Więc umrę na miejscu. Nie. To nie tak. Pani nauczycielka na pewno się zawiodła, ale i na pewno sobie beze mnie poradziła. Zaraz wychodzę, nie wysiedzę tu. Będę wcześniej w szkole. To będzie dziwne, wiem, dziwne jak na mnie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii