RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2015

Aaaaa!

31 sie

Ja chyba ocipieję. Chodzi o to, że trzy rzeczy co najmniej mnie obecnie rozrywają:

Pierwsza – dziwne przeczucie, że nie pojadę na warsztaty, na które chcę jechać i na które zostałam przyjęta. Przeczucie tak silne, że niemal odbiera zmysły.

Druga – dziki strach przed pewną konfrontacją, na razie przyczajony, jako że wydaje się ta konfrontacja odległa i niezbyt groźna.

Trzecia – ogromne zmaganie z potężnym lenistwem, mimo że jutro o 10 mam złożyć NA BIURKU profesora gotowy licencjat.

Zajmijmy się trzecią kwestią, jako niecierpiącą zwłoki. A kto by lubił trupy? Ja na pewno nie. Boję się trupów. Teraz to sobie uświadomiłam. Wręcz czuję ich… smak? To jakieś chore.

No to może jak? No ja nie wiem! Mam na razie JEDEN AKAPIT plus stos notatek w Wordzie. Nie umiem ich uporządkować, zredagować i przekleić do pracy. Jak ja mam to zrobić? Zaraz zacznę biegać po pokoju i do łazienki, krzyczeć, machać rękami… A mam mnóstwo godzin jeszcze, więc spokój…

Nie mogę, mam kilka godzin przed sobą i jeden akapit pracy! Aaaaa! Aaaaaaa!

Mogłam się tego spodziewać. Ale spokojnie, jeszcze nie panikuję, choć stopniowo się nakręcam. Mam u boku herbatę. I taki o planik: przeczytać wszystkie notatki, a następnie zrobić w osobnym pliku plan na to, jak je wykorzystać. Ale… no dobra. No to zaczynam czytać. JASNE. Już to widzę. Złapało mnie w garść potężne, mroczne, lepkie lenistwo. Paweł się niepokoi, że tego nie skończę. Przecież skończę.

No ale co ja zrobię, żeby przeczytać te notatki? Czemu mnie tak to odpycha? No czemu? Gdybym była głodna, to bym kupiła se teraz jakieś pyszne coś i tak się motywowała, ale jestem nażarta obiadem i (dziwna rzecz) nie mam najmniejszej ochoty na jedzenie. To może… może w nagrodę wyskoczę… nie wyskoczę na rower. Wybuchła mi przecież opona. To może gdzieś indziej wyskoczę? Ale gdzie? Nie mam tu nigdzie blisko huśtawek, a nawet gdyby, to bym się wstydziła LUDZI. Ach. Rower nie, więc co? Jakie tu mam miłe miejsca? No, kawałek stąd jest całkiem przyjemne i stosunkowo bezpieczne miejscątko na krótki spacer. Mogłabym nawet… nawet ściągnąć se jakieś ładne piosenki i posłuchać w drodze. Nie mogłabym, mama ma moje słuchawki i ich potrzebuje. Ale mogłabym tam iść na krótki spacer. No okej. No to to. I to zrobiłabym to tuż po przeczytaniu tych notatek, taka szybka nagroda. Potem wracam i robię plan.

Dobra, przeczytałam notatki, dodając jednocześnie jeszcze jeden akapit do pracy, w którym zawarłam jeszcze dokładniejsze wyjaśnienie tego, co ja właściwie chcę osiągnąć, wywlekając jakieś mało znaczące fakty z biografii Konstantego. A teraz idę na ten spacer, choć… nie chce mi się. Ale bez przesady. Zakładam kiecę i lecę (nie wiem, skąd znam tę rymowankę).

Jak wyszłam, to zrobiłam skrót przez kościół i zaświtało mi, że zaraz będzie chyba msza, to weszłam i zostałam, bo nie byłam dłuuuuuugo u Komunii. Po wysiedzeniu i wystaniu tych 30 minut we względnym skupieniu rozpierała mnie dzikość. Poszłam w umiarkowaną dzicz i biegłam, ach, biegłam, rozkoszując się kolorami jesiennych kwiatów i owoców i świeżością chłodniejącego powietrza. Teraz jestem TU i zgłodniałam. Może za jakiś czas coś sobie kupię, a na razie spróbuję dokonać tego planu. Tak, nagrodą będzie jakiś sympatyczny ZAKUP.

Mam ten plan. Co ja mogę se kupić? Co? Mam (relatywnie) dużo kasy, ale ona ma starczyć na tyle rzeczy, że głowa mała jak głowa szpilki i jeszcze jej mało, więc będę musiała dorabiać w lumpeksie i korkami. No ale na razie o tym zapomnę, na razie chcę COŚ. Ale co? Czekolada be, ciastka be… w sumie to na nic nie mam ochoty, i co teraz?  Miałabym ochotę na owoce, ale owoce są ten, tego… no… DALEKO. No to może jakiś… sorbet?

Tak, sorbet! Pa! Jednak truskawkowo-śmietankowe lody. Jestem wykończona mini-sprzeczką z mamą. Kurczę. Plus kawa do lodów. Och, o co chodzi z tymi imigrantami? Ja serio się nie orientuję, a widzę, że jest problem, że do nas uciekają, bo (chyba) u nich jest strasznie. I co z tym fantem zrobić? Jakie to trudne! I co ja konkretnie mogę zrobić? Nie mam pojęcia, a moje zapędy dobrosercowe i politycznozainteresowane są na bardzo krótką metę. No, zobaczymy, na razie muszę skończyć licencjat. To brzmi rozsądnie… Tak, to brzmi rozsądnie, zwłaszcza że już niemal 21, a ja mam skończone dwa akapity. Dobra, to teraz popiszę według planu…

No nie mogę! I zjadłam porcję lodów, wypiłam porcję kawy, i no nie mogę. Tyle że podociągałam wstęp. A teraz? Teraz pustka i nic. Ale dobra, spróbuję! Po prostu na chama będę pisać!

Nie, nie mogę. No ale muszę już, już 21:03, już czas najwyższy napisać ten licencjat, skoro rano go oddaję, prawda? Tak. Dlatego po prostu nie zaprzestanę dzikiego walenia w klawisze, najwyżej potem poprawię brzydoty stylu i treści.

Przedłużyłam ten drugi akapit o ten, no… no… o jakby zachętę dla siebie i dla odbiorcy do tworzenia/czytania. Zrobiłam taką trampolinkę i teraz muszę już tylko skoczyć, a pierwsza część pracy będzie skończona!

Ale skoczyć…? Ja?! Tak wysoko… jak mam skoczyć? No normalnie, wszystko gotowe, trzeba tylko przełamać początkowy strach!

No, i mam już 1/15 pracy około, bo jedną stronę mam. Kasia właśnie zadzwoniła i spytała, czy idę na spacer. Zrezygnowała dopiero, gdy powiedziałam, że mam jedną stronę. Mało kto z mojego otoczenia rozumie mój styl pracy. Ja sama go nie nie kumam, ale go znam. No okej, czas zapomnieć o ten sytuacji. Teraz trzeba pisać. Ale się rozstroiłam jak… skrzypce. Taa, skrzypce, chyba… kontrabas.

Eeech, tak mi źle z poczuciem bycia niezrozumianą, że muszę na szybko przypomnieć sobie lub wyobrazić sobie tłum, który mnie rozumie. No to Paweł – może nie akceptuje tego, ale to toleruje i nie robi już tak wielu uwag, jak kiedyś. Poza tym – Bridget Jones – ona by mnie zrozumiała. Do tego – taka jedna dziewczyna, której twarzy i imienia nie pamiętam, a którą poznałam na spotkaniu nowych dziennikarzy ,,Magla” (moje pierwsze i ostatnie). Poza tym – koleżanka, którą poznałam kilka lat temu na warsztatach, na które chcę i w tym roku jechać. Moja siostra, ona też ma taki styl. Moja koleżanka z pierwszego roku studiów. Troszeńskę mi lepiej. No to teraz co? Teraz bym… aaa! nadal mi źle. Ale trudno, trudno, nic nie szkodzi. Skończę tę pierwszą część, bo już mnie denerwuje, że to tyle trwa….

Na razie przeredagowane ok. 3 strony, a teraz lecę po chrupki czy coś przed zamknięciem ,, Żabki”! Ale w sumie po co chrupki, jak mama zrobiła pyszną zupę? Lepsza zupa, a jak potem zjem chrupki, to nie będę mogła spać. I tak nie będę mogła, już się z tym trochę pogodziłam, ale może choć poleżę, pełna nadziei.

A jednak 2,5 strony, pomyliło mi się.

I, po poprawkach, jestem w punkcie, z którego nie umiem ruszyć. Trzeba mi teraz tego… no… trzeba mi zacząć nowy punkt planu, najbardziej biograficzny i najobszerniejszy… Czy to się powiedzie?

Mam na razie łącznie prawie 4 stronki. Jakoś pomaleńku idzie. Ale niedawno była 1/5, a teraz, za stronę, będzie 1/3! Ciągle niecałe cztery strony, jak to pomału lezie… ech! Zrobię krótką przerwę na zaparzenie czystka… Czystek się parzy i ma się parzyć do 00:13. Dobra, może teraz przyspieszę. Przecież wszystko mam! Mam i czystka, a teraz będę kopio-klejać i objaśniać.

Nie mogę się zdecydować, czy pisać teraz o talencie językowym Konstantego, czy o jego wyprawach na koncerty, czy o tym, że śpiewał piosenki. Może o koncertach, a potem przejdę do talentu językowego, a potem piosenki.

Mam niecałe siedem stron, ale ponad dwie są nieposkromione jeszcze. Jestem zmęczona, ale jest 1:08, jeszcze dużo czasu. Hmm… naprawdę mogłabym to pisać szybciej! Spróbuję teraz szybko doredagować ten drobniutki kawałek. No cóż, jest 1:30, a jeszcze nie skończyłam. Strasznie się to wlecze! Czuję się jak wtedy, gdy kończyłam czytać ,,Hobbita” całą noc, a potem! Potem nie poszłam na omówienie lektury, bo byłam zbyt senna!

No nie mogę, bardzo powoli to idzie, bo chodzi o porządkowanie tego wszystkiego, a ja nie jestem dobra w sprzątaniu. Czuję bardzo podobną bezradność do tej, gdy na środku pokoju mam kilka nieposegregowanych przedmiotów. Ech. Już 1:58, a ja ciągle nie mam nawet połowy wymaganej objętości i ciągle nie skończyłam rozdziału z piosenkami! To straszne! Jestem senna, mimo że spałam przecież do tej… no… do 16! Jest 2:00. Co teraz? No teraz, zakładając że na razie się nie położę, mam siedem godzin na skończenie tej pracy.

Ja chyba w życiu nie napisałam niczego dłuższego niż 6-7 stron, jeśli to miało być naukowe. Może dlatego teraz czuję, że stoję w martwym punkcie? Może powinnam zrobić se przerwę na jedzenie? Może wtedy, gdy skończę choć ten drobny rozdział? Może tak?

Mam te 6,5 stron i skończony rozdzialik o piosenkach. Teraz przerwa na jedzenie i to samo trzeba zrobić z rozdziałem o Bachu, głównie o Bachu…

La, la, la, czekam aż podgrzeje się jedzenie!

Dobra, wracam po króciutkiej przerwie, gdy czytałam anonimowe.pl i żarłam pyszności. Teraz piję zieloną herbatę z miodem i teraz chcę skończyć pisać. Mam jeszcze… jest 3:16… jeszcze… ponad pięć gadzin. No to BACH!

Ach.

Ale czy to się uda? Uda! Maruda/z ciebie, Agnieszka./Pracuj, ucz się, czcij wieszcza/muzycznego, szalonego/Gałczyńskiego!

Chyba serio jestem zmęczona. Ale to ostatni sprint!

Jak mi się ciężko pisze! Jakieś to kulawe, może dlatego, że tyle rzeczy z książki, nie z serca. No, ale jest teraz połowa MNIEJ więcej, a mam jeszcze pięć godzin. Teraz mam niby co opisać? To, jak często ludzie chadzali do niego, żeby posłuchać muzyki z płyty. Potem BACH.

Ale mi się chce spać! Mam niemalże 8 stron (tylko!), a jest 4:12. Teraz zrobię ogromne kopiuj-wklej wszystkiego, co się tyczy koncertów gramofonowych. Zrobiło się 8,5, ale trzeba przeredagować, ECH! Łał, już przeredagowane. Może nie w stu procentach idealnie, ale ujdzie jakoś! A teraz trzeba pociągnąć temat Bacha. Ten będzie trudny. A potem w sumie można by gładko przejść do ogólnego wiązania twórczości Gałczyńskiego z różnymi kompozytorami, a potem jakieś dopowiedzenia i w sumie już by się zmierzało ku końcowi upragnionemu…

Ale będzie super znaleźć się w atmosferze mojej uczelni za te parę godzin. Tęskniłam za tym. Tylko że będę zombie, ale to nie szkodzi. Zdarza się. Tylko muszę odespać, żeby nie zachorować.

To wszystko jest jak bardzo wolne liczenie do 15. Na razie jestem przy dziewiątce. Takie barany, ale nie mogę zasnąć po nich. Mam jeszcze 4 gadziny na dokończenie, a stron niemalże 10. Wolno, wolno lezie to.

No nie wierzę, że tyle to się pisze. Ile można? Jest 10 stronic, zostały 3 gadziny i 40 minut.

Jest odrobinka ponad te 10 stron. Teraz muszę sklecić jakoś przedostatni przed zakończeniem rozdział. Nie mam planu. Może przerwa? Może poleżę przez pół godziny? Wiem, bardzo ryzykowne, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie. Budzik oczywiście wezmę. Dobra, przeleżałam te 40 minut gdzieś i wstałam. Nie wierzę, że mam jeszcze pisać. Zostały niecałe trzy gadziny. Może sprawdzę od razu se autobus. Hm… o 9.33 jest. Więc… więc szybko.

Chyba najpierw wezmę krótki prysznic. Gorąco, mdło, sennie, dziko. Dobra, po prysznicu chyba lepiej. Nie mam pojęcia. To teraz pisanie. Tak, jest lepiej, już to wiem, czuję.

Ale nie jakoś super. Coraz gorzej. A tu ile czasu zostało? Ponad dwie gadzinki. No to spróbuję na szybko, bo serio już ile można. Włączyłam jakąś muzę filmową. W sumie czym ja się martwię. Teraz będę miała niedługo jeden tylko problem – jak odespać minioną noc. I może jakoś się nawet uda.

Jest niemalże 12 stronic. Zmęczonam. No i brakuje kilku numerów stron. To nieważne, trzeba dotrwać do końca. 3/4-przytomnie przeklejam fragmenty i na siłę uzasadniam, że właśnie w tym miejscu powinny się znaleźć. To byłoby bardzo zabawne i nieco nudne, gdyby nie to, że jestem już 3/4-przytomna. Została ponad gadzinka, ale już niewiele. Przeredagować delikatnie kawałek i już w sumie by można pisać zakończenie.

Jestem odrobinkę przerażona, zwłaszcza z lekka poronionym pomysłem, żeby wszystkie tytuły rozdziałów brzmiały: ,,X i Y”. Ale trudno, wierzę w nieświadomą moc mojego umysłu, która dba o to, żeby całość mimo wszystko była spójna i znośna!

Jest 12 stron i kawałek, mogę zacząć zakończenie, wydaje mi się. Jeszcze gadzina pozostała. Jeszcze przydałoby się dużo innych rzeczy zrobić, więc lepiej by było jednak… bardzo się pospieszyć. Hmm, po przeklejeniu jest niecałe 14 stron, ale chyba strona tytułowa, streszczenie, bibliografia i inne dziady też się liczą? Prawda?

Teraz ostatnia praca typu ,,jak udowodnić, że taki z kosmosu tekst ma być w zakończeniu”?, a potem już tylko przypisy i inne powyższe bydlęta.

Także tego… jest 14 minut, więc z tymi przypisami to ja nie zdążę. Dam promotorowi po prostu goły tekst, niech przeczyta. Bibliografię doślę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak dziwnie.

30 sie

Jechałam sobie na koncert, a tu nagle rower zaczął dziwnie się zacinać. Zeszłam z niego, a wtedy – buch! – wybuchła opona, aż dym wzleciał. Na szczęście nie zdążyłam odjechać daleko od domu, więc jakoś go dodźwigałam. Po drodze starszy pan próbował mi pomóc, ale nic z tego nie wyszło. Był bardzo sympatyczny.

Pojechałam autobusem. Na koncercie wszystko i wszyscy mnie irytowali. A potem szukałam księżyca. W końcu się pokazał – wielki, wschodzący. Wlazłam na pochyłe drzewo i gapiłam się. A potem znalazłam miejsce, gdzie widać było, jak jezioro parkowe płonie od zachodu. Usłyszałam z niedaleka dźwięki jakiegoś innego koncertu. Pani śpiewała: ,,We’ve found love, we’ve found love…”. Wszędzie widziałam pary albo kobiety w ciąży. Miałam ochotę usiąść na ławce, ale już tam ktoś był – on i ona. Pomyślałam, że to naprawdę romantyczne okoliczności, a wtedy zobaczyłam, że chłopak ma mandolinę! I zagrał na niej jakiś akord, a ja poszłam dalej.

W domu żarłam wielką porcję makaronu z sosem i grałam w Simsy. W kreatorze postaci zupełnie sama powstała mi Natalia jak ze zdjęć, a zaraz potem Konstanty. Zrobiłam im dom z dużym ogrodem, książkami, obrazami i pianinem, taki ciepły i przytulny. Teraz mają mieć dziecko i mam nadzieję, że nie urodzi się chłopiec, bo wszystko mi zepsuje.

No a teraz jest 2:19 i chyba dziś już nie popiszę. A może tylko ten kwadrans i spróbuję się położyć i usnąć… A może uprzednio napiję się herbatki ziołowej, to by była piąta tego wieczoru.

A promotor milczy nadal i wciąż.

Mam herbatę. Napomknę, że jeszcze uprzątnęłam kuchnię i swój pokój troszkę, bo po Simsach miałam niedobór aktywności pożytecznej. Aaa! Mimochodem włączyłam plik z notatkami! To się już dzieje! Stoper też włączyłam! I mam książkę. No i co z tego, skoro to za trudne? Teraz gada jego przyjaciel i aż za dużo naraz treści, i to takiej, którą nie do końca kapuję.

No nie mogę. Może przeczytam to na spokojnie, bez stoperów i innych badziewów, kilka razy… A potem zgaszę światło… i może… Ale Ania ma wracać, to mnie pewnie zbudzi. Ale może i tak spróbuję. Czemu nie?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

A co dziś?

29 sie

Nie mogłam spać do 7. To było bardzo przykre, tak rzucać się na łóżku w bezradności przez trzy godziny. I nie wstałam na tyle wcześnie, żeby zrobić wszystko, co planowałam. Wstałam ostatecznie po 14. Teraz jest 16:05, a ja… już 16:14, a ja… jeszcze nie wzięłam się do pracy. Jakoś nie mogę się na to zdobyć. Ale! O 18 jest koncert poezji śpiewanej, na którym chcę być.

Zatem… hm… może by tak jednak zacząć? Może tak? Może choć te pięć rzeczy powpisuję do Worda?

Ale jaaak sięęę zmotywoować? Może… Może te słynne 15 minut? Tak uczynię. Najpierw – muzyka. Łał, nowi Abstrachuje!

Jest 16:24. To najpierw zaparzę jakieś ZIOŁO.

Mam zieloną herbatkę. Pojechałabym na koncert na rowerze, ale co z rowerem? Może by stał obok mnie?Hm… Ale najpierw bym musiała iść do Go sportu, żeby napompowali, a mi głupio, przecież to nie ich działka. Mama tak robi, ale ja tak nie chcę. Musiałabym kupić jakąś końcówkę do pompki i wziąć ze sobą pompkę. Tyle kłopotu. No dobra, to wezmę tę pompkę potem i rower i pojadę. A tymczasem – choć 15 minut!

Włączyłam Mozarta, bo Gałczyński go lubił słuchać. No to teraz Word. Jest już Word. To teraz ten… książka. Jest. Teraz stoper, ech. CZYŻBY JUŻ? Dobra, to start, no trudno.

Jest i ten kwadrans. Ale teraz zaczyna się coś bardzo wielkiego na tych kartkach, więc ja se na razie odpuszczę  wezmę chyba rowerek. Pa!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wrr, wrrr i jeszcze raz wrrr.

28 sie

Dziś przespałam większość dnia, a resztę czasu kłóciłam się z Pawłem. Że niby ja jestem nieodpowiedzialna? Że niby piszę na ostatnią chwilę? Że niby…? Że niby nie weźmie mnie na imprezę?

Wrrr!

Mam pięć godzin ponad, żeby skończyć licencjat. Czas start!

Zostało jeszcze trochę, mam jeszcze 4 gadziny ponad. Myślę, żeby wymknąć się do monopolowego po jakieś żelki/gumę/paluszki/cokolwiek smacznego i długiego do jedzenia, żeby zająć głodną gębę.

SimplyRedGirl, naprawdę dziękuję za motywację, teraz wierzę, że to napiszę, już, zaraz. Mam już 14 stron notatek, a wystarczy 15 stron spójnego tekstu, żeby mieć limit (ale górny to 20, ew. 25). Muszę jeszcze dokartkować do końca jedną książkę, przekartkować 2-3 inne (ale już mniej dokładnie) i dopieścić całość.

Dziś w nocy miałam wiele snów, ale zapamiętałam głównie jeden – szukałam towarzysza wśród kotów. Przyszedł do mnie tylko jeden – wskoczył mi na ramiona i był ze mną. A teraz idę do sklepu, a tu KOT. Śliczny, czyściutki, z dziwnie porozmieszczanymi plamkami na futerku. Bardzo możliwe, że identyczny jak ten ze snu. Łasił się do mnie i gdy chodziłam chwilę wte i wewte (sklep-dom), ciągle czekał gdzieś na mnie i zastępował mi drogę albo szedł tuż obok mojej nogi. W końcu dałam mu Big milka i trochę słonych paluszków. Loda zlizywał z wielkim zapałem, paluszki gryzł z mniejszym. Boję się o niego. Powiedziałam mu, gdzie mieszkam, ale nawet jeśli trafi, to nie mógłby tu być, przynajmniej nie długo, bo mama ma uczulenie. Zapytałam policjanta co robić, a on odparł, że dzwonić na straż miejską. Co zrobią ludzie ze straży? Czy go wezmą do siebie do wyjaśnienia sprawy? Może tak? WĄTPIĘ.

Ech. Mama zachwyciła się historią z kotem, ale nie chce go tu nawet na jedną noc z powodu uczulenia.

Chyba zaraz wyjdę z siebie. Co mam zrobić? Liczę na to, że mama jakimś cudem zmieni zdanie, ale przekonywanie nic raczej nie da. Udostępniłam informację na fejsbuku. Zaraz spróbuję jeszcze na olx. Tymczasem wyszłam z wodą dla kota. Nie mogłam go znaleźć. W końcu skręciłam w jedną ścieżkę, na której wcześniej go widziałam. Zdążyłam tylko dostrzec jak wskakuje w trawę w oddali. Nie chciał wyjść  i w końcu wróciłam z nadzieją, że da radę.

Dobra, zostało mi dwie i pół gadziny pisania. Mam paluszki, żelki, nadzieję i idę po wodę do picia.

Zostało mi 35 minut, jeśli chcę swój plan doprowadzić do końca. To bardzo maleńko. Ech. 34 minuty. Mam już prawie 16 stron notatek, ale jeszcze zebrać to wszystko w całość, i jeszcze choć przejrzeć te inne książki. Ratunku. I skończyć tę. Zostało raptem kilkadziesiąt stron.

Jeszcze 11 minut i nadal dużo stron. Spróbuję przyspieszyć…

Grr, wrr. Jest MINUTA. Mam jeszcze co najmniej 5 rzeczy do przeniesienia z książki do Worda. Na szczęście dokartkowałam do końca i pozaznaczałam, to mi dodało otuchy. Ale jak mam… już jest 4. Chyba położę się spać i wstanę… hm… o której? O 9? 10? To nic nie da. Do 11 chciałabym już mieć całość WYSŁANĄ, inaczej mój plan się nie powiedzie.No to może se postanowię, że wstanę o 9. To tylko niecałe pięć gadzin snu, ale może, wyjątkowo, starczy. Tak uczynię. Dobranoc.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jestem, ale nie ma mnie.

27 sie

Nie mogłam spać gdzieś do 9. Zasnęłam i obudziłam się po 11. Chciałam zasnąć znowu, ale mama i Ania hałasowały za każdym razem, gdy podejmowałam poważniejszą próbę. Po prostu DOKŁADNIE w tym momencie zaczynały głośno rozmawiać i trzaskać drzwiami czy nie wiem czym. Horror. Nie chcę być chora.

I oddzwoniłam do koleżanki, która teraz jest Puchatkiem na moim miejscu. Pytała, czy da radę iść do krzaczka w trakcie. Ja nie poszłam ani razu (pociłam się), ale powiedziałam, że na pewno może zrobić sobie trochę dłuższą przerwę i załatwić co trzeba.

Nie wiem, jak wytrzymam do nocy. Mam nadzieję, że uda mi się troszeczkę pospać – że mama i Ania nie zaczną nowego koncertu (teraz, np. jest oczywiście cisza).

Jestem zła. No i nie mam pojęcia, czy cokolwiek napiszę w tym stanie. Zdobyłam się na razie na zaznaczanie na sucho fragmentów w książce i może tak zostanie do końca tego strasznego dnia. Chyba że się prześpię.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie do wiary.

26 sie

Budzę się… A TU PO SZESNASTEJ. Przez chwilę przebywałam w jakimś dziwnym świecie nie do wiary, ale wreszcie napisałam do Pawła (że właśnie się obudziłam), wstałam, zjadłam… śniadanie (mama: ,,zjedz też cośtam”, ja: ,,nie chcę, nie pasuje na śniadanie”). A teraz, opanowując panikę, że słońce zaraz zajdzie i zmęczenie snem, spróbuję po prostu, bez zbędnych marudzeń, włączyć pliki w Wordzie. Są. To teraz posłodzę tylko herbatę. Mam już książkę otwartą. Pozostaje włączenie stopera. Albo jeszcze odpiszę pani z praktyk, bo w końcu zapomnę. Odpisałam, zajęło mi to chyba mniej niż minutę, a tak to odkładałam…

No to teraz włączę… muzykę. Jest, włączona. To teraz stoper. Start.

Jest 15 minut i koniec trudnego, pełnego treści i zaskoczeń, że AŻ TAK MIAŁAM RACJĘ W INTUICJI CO DO WIERSZY KONSTANTEGO (ach, ta próżność, która często jest tylko sztucznymi skrzydłami) rozdziału i robię z konieczności przerwę! Wkręciłam się. Dobra, wyślę promotorowi jedno małe pytanko. Oby odpowiedział pozytywnie! Zadałam to pytanie. Muszę się znów wkręcić. No dobra, to się pomału… otwieram książkę. Stoper.

I znów tylko kwadrans. Jakoś nędznie mi idzie długie skupienie. Czekam na maila od profesora. A pewnie dziś i tak nie odpisze, bo niby czemu by miał? Pewnie leży na plaży nad Bałtykiem (jeśli nie dorabia) lub w Grecji (jeśli dorabia) i pije jakiś bardzo drogi (jeśli dorabia) alkohol razem ze swoją uroczą żoną. Poprzednio czekałam chyba tydzień na odpowiedź. Teraz za bardzo nie mam tygodnia, hihi. Ale dobra, jak skończę wynotowywać rzeczy z tej jednej ,,małej” biografii, to wyjdę na spacer/na rower.

Otwieram ją po raz kolejny. Stoper i sprint! Ostatnie metry!

Jest 55 minut i koniec notowania z biografii. Biegnę na spacer/rower, zanim słońce zajdzie!

Byłam na rowerze, bo mama nie chciała, żebym szła sama na spacer w dzicz. Szybko wróciłam, marudziłam i w końcu poszłam też na chwilę w dzicz. Może rzeczywiście powinnam chadzać tam z KIMŚ. Ale z kim? Paweł jest daleko i nie lubi dziczy. Kasia boi się dziczy. Ania szybko chodzi. Ale Ania to nie taki zły pomysł. Ania lubi dzicz. Tyle że dwie samotne dziewczynki w lesie to niewiele więcej od jednej samotnej dziewczynki w lesie. No i kocham samotność w dziczy. Ale zobaczę, czy będę się czuła dobrze też z Anią, o ile się zgodzi. Wytłumaczę jej wtedy, czego oczekuję od tego spaceru – spokojnej kontemplacji w ciszy. O tak. Mogłoby ujść.

No a teraz żrę obiadokolację. Jest 20:42, więc niemalże normalna pora na takie jedzenie. Mam podstarzałe leczo warzywne z kaszą kuskus i serem. I cudowny, wieczorowo-chłodno-pogodny nastrój po spacerze w dziczy nad wodą. I kolejne dwie czekolady od mamy (dziwne rzeczy się dzieją), tym razem z orzechami. No to cóż teraz? Hm… może… licencjat? Jeśli tak, to notowanie z kolejnych pozycji biograficznych. Chciałabym dziś zamknąć rozdział biografii. Tak. Jasne. Dobra, ale w zamian za godzinkę pracy może obejrzę se jakiś film? Ojej, czy to nie zbytnia rozpusta? To może za dwie gadzinki pracy obejrzę coś twórcy ,,Spirited away” albo inny dowolny film. Może znów Kieślowskiego bym spaczyła? Ten jeden, ten najładniejszy.

Albo komedię. Albo pogram w Simsy? Nie pogram, za dwie gadzinki Ania już będzie, a tylko u Ani są Simsy.

No w każdym razie trzeba szybciutko notować. Jeśli skończę rzeczy biograficzne przed końcem dwóch gadzin, to też coś obejrzę!

A tymczasem mam czystka z miodem! Żeby być zdrową! Jakoś nie pali mi się do czekolady. Zamiast pisać, zmywałam naczynia, instalowałam coś mamie, wałęsałam się… ale czas zacząć. Mam już włączony PLIK. Mam też grubaśną książkę ze wspomnieniami o Gałczyńskim. Nie wiem, czy przejrzę całą, kartka po kartce, czy poszukam w tytułach wspomnień czegoś. No to teraz czas zaczynać. W ogóle zostało już tylko pięć dni. No dobra, no to… no to zatyczki. A teraz stoper. Start.

Jest 15 minut. Muszę zgasić światło w przedpokoju, bo nie mogę się skupić. Profesor jeszcze nie odpisał. Zaczynam kolejny przynajmniej-kwadrans.

Mam pół gadziny, ale niewiele zanotowałam, bo te wspomnienia strasznie wciągają. Tak naprawdę to 35, ale bez przesady. Jest np. opis, jak Konstanty CHYBA chciał wyskoczyć przez okno do Księżyca i zatrzymali go koledzy (ale może coś przekręciłam). Następnego dnia kolega mówi, że ,,wysoko”, a Konstanty na to, że wysoko, więc po drodze nauczyłby się pewnie latać, a oni tego z pewnością nie uwzględnili. Dobra, zejdę do sklepu po coś alkoholowego, łatwiej usnę. No i mam trochę ochotę, gdy czytam o knajpach w życiu Konstantego. Choć on tam chyba za bardzo nie pił, ale sam nastrój knajpowy mnie zachęcił.

Mam piwo miodowe i chcę je pomieszać z resztką porzeczkówki z morza. Pomieszałam. Księżyc leży na plecach, a brzuszek ma każdej nocy większy. Dobre zestawienie – miód i porzeczki. Choć porzeczek nie czuć. Czuję, że będzie mi się śmiesznie notowało.

No to kolejny choć-kwadrans. Mam już 8 stron samych notatek z biografii!

Start!

Mam kwadrans. Jednak trochę za gorzki ten napitek, ale tylko trochę. Już mi miękko, a wypiłam tylko kawałek tej 50 porzeczkówki i niecałą szklankę piwa.

Teraz kolejny kwadrans i kolejna podróż przez życie, na razie studenckie, Konstantego. Muszę szybciej znajdować te muzyczne rzeczy!

Jest 20 minut, a ja potrzebuję krzaczka. Paweł nazwał moje zaopatrzenie ,,tyle dóbr”. Zaskoczył mnie już trzeci raz dzisiaj. No a teraz kolejny choć-kwadrans i chyba szykuje się już notowanie, po przygodach Kostka w wojsku.

Wyznałam publicznie swoje uczucia do Gałczyńskiego na fejsbuku. Ale to po piwie. I porzeczkówce. Dobra,zanim zrobię jeszcze większa głupotę, postaram się pisać, a raczej notować, dalej. Została mi już tylko szklanka piwa z porzeczkówką. Ech. No to włączam stoper!

Hej, tarzam się po krześle i notuję, co za rozzzzkosz!

Jest i pół gadziny! Króciótka przerwa i daaaaalej.

Start.

Mam ten kwadrans. Czuję się cudownie. Chyba coś zjem. Eeech, z tej grubaśnej książki została jeszcze gdzieś 1/3, ale warto!

Z moich obliczeń wynika, że dziś na razie zajmuję się licencjatem 3 h 45 min.

Mam pyszne, bogate kanapki i jajo na miękko. Mniam.

Po zeżarciu tej absurdalnej ilości żarcia nieco wytrzeźwiałam. Popiszę jeszcze choć kwadrans, żeby było, że notuję dłużej niż wczoraj. Wczoraj było 3 h 45 min (wg moich obliczeń). No to tego… start!

No i jest i kolejne, ostatnie dziś, 30 minut. A nuż zasnę! A sztuciec zasnę!

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nowy pracowy dzień.

25 sie

Oglądam se wywiad z Kirą Gałczyńską. Powtarza dużo z tego, co mówiła na żywo w Aninie. Jak to dobrze, że żyje i trzyma się dobrze. Mam nadzieję, że za niecały rok znów przyjedzie do Anina i że będę mogła przyjść. Najchętniej bym się spytała, czy Kostek i Natalia przytulali się, mówili sobie miłe rzeczy, czy tulili swoją córkę… Ale wątpię, żebym się odważyła i dostała odpowiedź wprost. Gdy byłam ostatnio w Aninie, podeszłam i spytałam o rzeczy dotyczące licencjatu. Nie wyszło to ładnie. Stałam nad panią Kirą i czułam się bardzo dziwnie i głupio. Czułam, że córka Gałczyńskiego (ach!) jest bardzo mądra i przenikliwa i niczym nie da zamydlić sobie oczu. Że dojrzy całą moją próżność i dumę, że stoję obok niej.

A teraz po wywiadzie, obok kawa. Niczego się nie dowiedziałam dotyczącego muzyki. Chce mi się spać i to bardzo źle. Trzeba szybko zacząć pracować, a będzie szansa, że się wkręcę! Najpierw – ,,Władca Pierścieni”. Teraz tego… no…

Stoper.

Teraz trza włączyć plik w Wordzie. Włączony. To zaraz otwieram biografię napisaną przez Kirę i kontynuuję robienie notatek. Dobra, to start, przynajmniej te nędzne 15 minut ciurkiem, przynajmniej tyle… Mam 15 minut, choć nic nie zanotowałam, bo nie rozumiem,  co czytam i muszę się cofać. A po 15 minutach Ania weszła, żeby coś sprawdzić w internecie, ech. Ale teraz wyszła. Z domu. Spokój. Cisza. Co, nie wyszła? Dlaczego? Do tego trudno ignorować fakt, że jestem przeziębiona. Ale lekko, wiec git. To zaczynam kolejne 15 minut!

Było 45. Znów płakałam jak pięć-sześć boberków, bo odkryłam, zupełnie niespodziewanie, jedno zdanie, które opisuje całą moja pracę. Jestem wyczerpana, czas na krótką przerwę, może coś zjem, herbatkę urządzę. Ten czas trochę mi się kojarzy z czasem przed maturą Z BIOLOGII, gdy własnymi słowami przepisywałam na innego bloga podręcznik. Wtedy przez kilkanaście nocy zrobiłam pracę, która powinna może zająć pół roku. Kolega z klasy kompletnie nie wierzył, że to zrobiłam. Ale ten czas jest o sześć nieb piękniejszy, bo… bo to TEN TEMAT.

Jeśli nie zachoruję poważnie, to wierzę, że zdążę! Mam jeszcze 6 całych dni.

Byłam na rowerze, jeździłam kilka chwil po najbliższym osiedlu, bojąc się że zaraz spadnie deszcz. Aaa teraz straciłam mnóóóstwo czasu na nic! A! No to teraz śliwka, herbatka i kolejne 15 minut!

Dobra, mam herbatkę, zjadłam śliwkę, teraz soundtrack. Jest soundtrack. Teraz choć 15 minutek! Przeleciałam już gdzieś 1/5 biografii! Mam 15 minut, potem weszła mama. Ale wybaczam, bo przyniosła mi dwie czekolady. Jedną mleczną, drugą krówkową!

Klęska, komunizm i apokalipsa. Znów straciłam masę czasu. Załamuje mnie to, ale nie załamie! Dobra, natychmiast zaczynam dalsze notowanie! 15 minut! Start!

Jest ten kwadrans, a ja muszę iść za krzaczek. Wróciłam i natychmiast 15 minut czas zacząć!

Jest kolejna godzina jednak! Uf! I nowe pomysły. Ciekawe, co z tego wszystkiego wyjdzie. Z samej jednej biografii mam na razie cztery strony notatek! Może nie będę musiała rozpisywać się o wierszach. To dobrze, bo nie czuję się jeszcze dość mocna na długie analizy z zastosowaniem takich słów jak ,,jamb”, ,,metrum” i ,,antykadencja”.

Zaskoczyły mnie bardzo miłe komentarze od SimplyRedGirl i Rumiankowych Słów. Dziękuję Wam! Może dzięki nim będę miała większą motywację, jeśli nie utonę w zawstydzeniu i samouwielbieniu jednocześnie (bo KTOŚ TU ZAJRZAŁ).

Mam znowu czystek z miodem i odpoczęłam przy jakichś niebardzowymagających, śmiesznych filmikach i… wyrzucaniu śmieci. Teraz trza się znów motywować! Zostało mniej niż więcej biografienki i całkiem sporo, bo kilka, gadzinek do końca dnia. Nie wiem, czy jutro iść do BUW-u. Może w BUW-ie popracuję dłużej niż w domu? Może warto to sprawdzić? Zobaczymy. Jutro o 14 otwierają, to dobra pora. Po południu się jakoś lepiej czyta i pisze.

No a teraz… teraz chyba serio już nic innego mi nie pozostaje poza włączeniem stopera. Już trochę mnie to męczy. No trudno, jak 15, to naprawdę dobrze.

Mam ten kwadrans. Przerwa na sms i krzaczek! No i już. No to kolejne 15 zaczynam!

Jest i 30 minut! To dobrze. Było duże nagromadzenie informacji. To cudowne, bo wciąż są podkreślenia!

Teraz chyba jakaś niedługa przerwa i jeszcze ponotuję. Sporo jeszcze zostało, ale na razie mogę JEŚĆ. Może zjem tosty? Chyba tak, chyba tosty.

Moja przerwa trwała co najmniej 3 godziny, no nieźle… ech! Czytałam wciągający fanfic o Ginny w Slytherinie No i zrobiłam se gorącą czekoladę. No to teraz (ech!) choć trochę ponotuję, chociaż ten ostatni kwadrans (czas goni!), tylko zrobię jedno z trzech – miętę, melisę lub rumianek. Miętę. No to teraz, zmęczona bezsensownymi czynnościami, włączę stoper.

Mam pół gadziny, ale pomału szło. Teraz się dzieją bardzo ważne rzeczy w tej biografii, ktoś ciągle jest (był) krok przede mną i ozdabia wykrzyknikami i uśmieszkami to, co sama bym nimi ozdobiła. Po krótkiej przerwie spróbuję przedrzeć się przez bardzo trudny, bo zawierający dużo treści fragment i iść spać… A może najpierw spać, a rano ten fragment?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dziś dzień pracy.

24 sie

No bo wczoraj była niedziela i był Paweł, i poszłam do Kasi, i do kościoła z Kasią. A dziś już chcę pisać. Jest 13:29. Mam czas do 31.08, żeby skończyć. Dziś najpierw skończę robić notatki z tej jednej książki. Znów lenistwo bierze nade mną górę, ale spróbuję się nie poddawać. Jestem po pysznym śniadaniu – placek (mąka, serek waniliowy, jajko) z nektarynką, serkiem waniliowym i miodem. Obok stoi dobra kawa. BUW jest zamknięty dziś i jutro, więc jestem skazana na żmudne samomotywowanie się wśród miliona pięciuset rozpraszaczy. No ale w pokoju (względny) porządek, naczynia zaraz umyję (rozpraszacz nr 1), no i będę mogła zacząć od tych 15 minut. Może najpierw rzeczywiście tylko 15 minut porobię, nawet to będzie większym sukcesem niż NIC, niż 0 MINUT.

Hm… Mam pomysł na nagrodę dla siebie. Jak popiszę dziś przez dwie i pół godziny, to zrobię przerwę na rower. Dziś mam na to chęć, bo nie ma upału do kostek (nie wiem, skąd to sformułowanie). Poza tym teraz nie mam w ogóle ruchu, przeciwnie niż było pod Pułtuskiem. Nie chcę za szybko zdziadzieć…

Rower nie. Jest mi tak słabo, że ledwo się poruszam. Od wczoraj to mam. Nie wiem czemu. Denerwuję się, że właśnie teraz, gdy zostało tak mało czasu na pisanie. Nagrodą będzie jakiś ładny film.

Zaraz już nie będę sama w domu, niedobrze. No ale trzeba ZACZĄĆ i PISAĆ PRZYNAJMNIEJ 15 MINUT.

Dobra, mam 45 minut i 3/4 strony. Jeszcze godzina i 45 minut i obejrzę jakiś ładny film. Na razie robię notatki ciągle. Zauważyłam, że olałam jeden podrozdział, bo był za długi i mam z niego najmniej notatek. Chyba zacznę od poprawienia notatek z tego podrozdziału. Muszę go podzielić chyba na części.

Aaaa! Muszę powiesić pranie! To źle, bo mi słabo. To dobrze, bo znów będę sama w domu i bo to dobry pomysł na przerwę (ech…).

Zjadłam jeszcze nektarynkę (mniam). Teraz zaczynam poprawiać notatki i robić nowe, PRZYNAJMNIEJ PRZEZ 15 MINUT. Też będzie dobrze, jak 15 minut popracuję, to też jest wartość.

Jest kolejna godzina i zaczynam dalej. Łzy płyną strumieniami. Tak bardzo wzrusza mnie to, o czy czytam i mam pisać. Tak bardzo kocham ten temat. Szkoda, że nie umiem się na tyle zorganizować, żeby poświęcić mu każdą wolną chwilkę, a nie kilka dni pisania licencjatu. Chciałabym się móc na tyle ogarnąć…

Powiedzmy, ze jeszcze 10 minut jest. To ile na razie mamy łącznie? Na razie mamy godzinę i 55 minut. Teraz trzeba się zastanowić, co robić dalej. Skończyłam notatki z tego jednego artykułu. Zajęły mi 2 i 1/3 strony. Już teraz mam drobne przebłyski tego, czego nie uwzględnił autor. Ale co dalej? Kolejny artykuł – owszem. Artykuły są dobre, bo krótkie i zwięzłe, a chodzi przecież o teorię. Chyba wiem mniej więcej, jaki artykuł wybiorę. Ale co dalej? Będę miała notatki z dwóch artykułów i co dalej? No – dalej notatki z innych książek, a wreszcie interpretacja utworów. Na razie krótka przerwa, potem te 35 minut mogłabym poświęcić na coś, jeszcze nie wiem, na co, a potem dłuższa przerwa.

Na razie łącznie pracuję nad licencjatem 3 h i 10 minut. No, i jeszcze przeczytałam biografię Gałczyńskiego i wybrałam dużo jego wierszy do analizy, i poczytałam jakieś artykuły o jego wierszach (ale niestety nie notowałam) więc trochę dłużej.

O nie, te 35 po przerwie na film! Bo Kasi bardziej pasuje wcześniej. No trudno, potem może w domu też będą warunki.

Wróciłam od Kasi. Oglądałyśmy film ,,Gdzie jest Fred?”, jedząc: dwa rodzaje chrupek, dwa rodzaje ciastek i maliny. Taak. To było sycące spotkanie. A teraz mam do picia herbatkę z czystka z miodem i mam nadzieję, że nie zarażę się od nikogo. Czuję się cały czas lekko słabo, ale może dzięki temu szybko zasnę, gdy już się napiszę. Aaa! Jest już 24.08. Ratunku. No dobra. Także… do wstępu i analizy wierszy już mam powiedzmy że połowę materiału przeczytaną, teraz trzeba się zająć biografią, bo mam na to ochotę. Mam aż trzy książki biograficzne. Zamierzam wypisać sobie w kolejnym pliku wszystkie informacje, które chcę zdobyć (znam je z czwartej biografii, której nie mam tutaj) i tematy, które chcę poruszyć, i porobię notatki z przypisami.

Czystek z miodem jest pyszny. Nie umiem wziąć się do pracy. Czyżbym musiała się zmusić znów do 15 minut? Tak. Ale może najpierw cichutka MUZYKA. Jest muzyka. To teraz ten… no… jak mu tam… STOPER!

No nie wierzę, straciłam dużo czasu na czytanie niepotrzebnych rzeczy… Bardzo to źle, bardzo. Aż nie wiem, co robić. Nie wiem…! No to może i tak od teraz stoper, ale już serio!

Po zaledwie 20 minutach robię se przerwę na jedzenie. Ale – co za niezwykła okoliczność! – w najważniejszej książce ktoś podkreślił rzeczy związane z moim tematem! Ciekawe, czy zrobił to w całej książce, czy tylko na początku, i czy pisał dokładnie o tym samym!!!

Aaa, teraz znów się zaczytałam w rzeczach skrajnie niepotrzebnych, zjadłam jajecznicę i dwie śliwki i wypiłam kubek rumianku. Tak okropnie, okropnie nie mogę się skupić! Ale jeszcze jedna próba. Ale najpierw – drugi rumianek. Jest rumianek. Teraz muza i stoper…

Jest wreszcie kolejna gadzinka i niemal trzy strony notatek z biografii. Zostało jeszcze dużo stron, a ja się czuje już zmęczona… ale poza tym dobrze. Może jeszcze chwilkę ponotuję po przerwie, może nie. Jeszcze ciągle nie wiem, co z tego wszystkiego wyjdzie i boję się. Chciałabym się zaszyć gdzieś z dala od wszystkiego, ale w sumie cichy domek nocną porą to też dobra kryjówka.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pulpety.

23 sie

Wyszły nadspodziewanie smaczne, choć dla Pawła z pewnością będą zbyt słone. Podobne w smaku do tych ze słoika, może dlatego, że użyłam kostki rosołowej i przecieru pomidorowego, a także mięsa mielonego z Tesco, po którym nie można się wiele spodziewać.

No dobra, licencjat niemalże nie ruszony. Pomału, pomału wpadam w panikę. Z tego względu postaram się dziś popracować, według rad z tekstów motywacyjnych, przynajmniej przez 15 minut. Myślę, że to może coś dać. W domu cisza, obok mnie melisa, jedzenie upichcone i ,,spróbowane”, pokój niemalże uprzątnięty (trzeba jeszcze odkurzyć)… Dobra, to te piętnaście minut… Myślę, że tyle to mogę zrobić. 15 minut. No to se nastawię jakiś timer czy inne bydlę i zacznę po prostu. Tak o. Trzeba po prostu zacząć. Jak popracuję te 15 minut (lub dłużej), to w nagrodę może pogram w literaki czy inną internetową gadzinę. I włączę muzykę.

Mam muzykę, czas zaczynać.

Nie da się robić czegoś 15 minut i skończyć. 15 minut to czas, w którym się wkręcamy w robotę i potem trzeba jeszcze trochę porobić. Na razie pół godziny notuję, takimi słowami, których ma się nie powstydzić już gotowy licencjat. Teraz powiedzmy, że jest przerwa i potem jeszcze troszkę ponotuję (może 15 minut!), bo na razie bardzo mało zrobiłam. Ale przynajmniej COŚ. Powinnam być z siebie dumna! Może zaparzę na razie nową meliskę albo miętę.

Dobra, byłoby na pewno kolejne 15 minut (pogubiłam się ze stoperem), ale dopiero teraz zaczynają się konkrety, więc jeszcze troszkę posiedzę. Zaczynam jeszcze raz mierzyć czas. Mam kolejny kwadrans i muszę dalej, choć… choć coraz mniej podobają mi się te notatki.

I kolejne pół gadziny, więc łącznie miałam godzinę i 15 minut zamiast 15 minut. Teraz na dziś kończę, bo a nuż uda mi się zasnąć?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I po namiocie.

21 sie

Byłam pod namiotem, bo miałam praktyki poza Warszawą i wykorzystałam okazję, żeby spełnić swoje marzenie. Zatrzymałam się w miejscu, do którego nic nie dojeżdża. Było wiele cudownych, dzikich chwil (obserwowanie gwiazd, kąpiele w Narwi i w jej zatoce, spacery…), na praktyki szłam dwie godziny pieszo lub jechałam półtorej godziny rowerem. Atmosfera na zajęciach była świetna i dostawałam dużo różnych ciekawych zadań (od prowadzenia lekcji po składanie teczek i przepisywanie jadłospisu). Byłam cały czas samotnym duchem, ale nie przeszkadzało mi to. W wolnych chwilach czytałam ,,Drużynę Pierścienia” na komórce.

Z wad – PRZYTYŁAM i ważę więcej niż kiedykolwiek, wydałam dużo za dużo kasy, a towarzystwo w miejscu, gdzie rozbiłam pożyczony namiot, było głównie męskie, robotnicze i przeklinające. Ale ja spałam z dala od nich, oni mieszkali w pokojach, a ja pod lasem.

A teraz jest 21.08, ja jestem delikatnie chora i 1.09 mam oddać promotorowi gotowy licencjat. Nie mam nic poza tym do roboty, tyle że donieść jakieś papiery nauczycielce z poprzednich praktyk, spotkać się z kilkoma osobami, ale tak to TYLKO pisanie. Teraz jest 16:07, a o 17 spotykam się z Kasią.

No i tego. I mam wszystkie książki. Potrzebuję planu. Ogólnie planuję pisać co najmniej 3 strony dziennie, żeby mieć zapas czasu w razie nieprzewidzianych trudności. Ale nie wiem, czy dziś tyle wyrobię. Na szczęście interlinia 1,5, a łącznie stron ma być 15-20. Obok mnie leży książka o wdzięcznym podtytule ,,Perspektywy komparatystyki interdyscyplinarnej” i to jest właśnie jedna z nieprzewidzianych trudności. We wstępie długie fragmenty są zrozumiałe, więc może po prostu zacznę notować, bez zbędnych pytań. Może nie od teraz, może od teraz. Może od powrotu ze spotkanka. Będę se puszczać soundtrack z ,,Władcy Pierścieni” albo coś w ten deseń MOŻE.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii