RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2015

Czas się rozciąga.

22 wrz

Tak, tak się dzieje teraz z czasem. Dzień się stał nagle epoką bez dna. Jakim cudem?

Dziś na przykład sobie wstałam bardzo późno, zjadłam, pogadałam z Anią, z Magdalenką przez telefon, pojechałam do Tesco na rowerze, zrobiłam obiad, posprzątałam w kuchni, w pokoju, w przedpokoju, pojechałam na rowerze na mini wycieczkę, napisałam wiersz niemal na zamówienie… ogólnie mało czynności, ale jakoś dzień trwa i trwa, i się nie kończy. Może dlatego, że z nikim się nie spotykam poza Anią w domu i na pewno dlatego, że nie mam nic na już do zrobienia. Ale teraz co zrobię? Może w końcu znajdę coś ciekawego do czytania. Ciekawego i dobrego. A poza tym – plan na jutro i pojutrze, przynajmniej nie będę szaleć jutro.

No to jutro muszę zdobyć zdjęcia do dowodu. Ile? Dwa! Poza tym – jakieś podanie o przyjęcie na studia z jakiejś strony. Poszukam teraz. Znalazłam, druknęłam. Może nawet to przeczytam? Okej, przeczytam. Musiałam zapoznać się ze wzorem jakiejś umowy, na której są potrzebne podpisy studenta i UCZELNI.

Hiehie.

A teraz co? Jeszcze jutro muszę zrobić xero dowodu i, o zgrozo, stanąć w kolejce do dziekanatu, żeby zanieść to wszystko. Muszę mieć coś do czytania. Ale to i tak niska cena za to, że JESTEM NA DRUGIM STOPNIU (prawie), ACH!!!

A może ja mam gdzieś zdjęcia jak do dowodu? Muszą być aktualne? Chyba nie? Ale chyba zrobię, co mi szkodzi niby. ECH. Szkodzi, bo znów kasa. No trudno. No to spokojnie, spokojnie… To co teraz? No to jeszcze jutro bym polazła (skoro i tak wylezę) do SP, do pani nauczycielki od praktyk i zdobędę ostatni potrzebny podpis, i przy okazji go podrzucę na uczelnię. No to teraz mam już wszystkie dane chyba, żeby uczynić PLAN i znów mieć czas wolny.

A może bym se pojechała na Erasmusa? Mam jeszcze chyba czas na decyzję. To do przemyślenia! Musiałabym umieć deutsch albo coś takiego. I mieć milion milionów kasy na opłaty. A teraz – czy to wszystko, co muszę jutro załatwić? Chyba tak. No to co? To teraz… hm… plan!

1. Agnieszka wstaje, przeciąga się, myje się i się ubiera.

2. Agnieszka zeżera śniadanie.

3. Agnieszka idzie do SP na 9.40, 10.30 lub 12.30 z dokumentami z praktyk.

4. Agnieszka idzie na Świętokrzyską 1 po zdjęcia typu ,,dowód”.

5. Agnieszka idzie do ksero ,,Skarabeusz”.

6. Agnieszka przed 14 dociera do s. 6 na Wydział Polonistyki z kompletem dokumentów.

7. Aha! Agnieszka leci na Dworzecz (dworzecz, haha!) Zachodni, zarezerwować bilet do Grudziądza.

Tak, oto i cały plan. No ale jak ja mam wstać przed tą, no… przed 10? Bo powiedzmy, że pójdę na 10.30, bo o 9.40 przerwa trwa 5 minut (tylko dlatego!). No ale muszę. ECH. ŻYCIE. No to będę tam o tej 10.30, a potem o powiedzmy 11.30 u fotografa. No to spokojnie przed 14 bym była z kompletem dokumentów. ALE CO DALEJ?

No to teraz spakuję to, co mogę spakować.

Już (!!!!!).

No to tego. No to teeego. No to teraz ciąg dalszy planu. To bym zarezerwowała ten bilet do Grudziądza. Potem triumfalny powrót do domu (po drodze mogłabym kupić pyry), a potem pakuję się do Grudziądza i tego… i pranie może wstawię, a spakuję się rano następnego dnia. A wieczorem mama kupi mi jedzenie do Grudziądza.

Co chcę? Chcę chleb. A do chleba? Może krem czekoladowy z zakrętką (na śniadania), a poza tym jakieś małe konserwy czy pasztety. Najlepiej też jakieś surówki w słoikach. Ale będę żydzić. Ale kasy nie ma, to nie pojem z innymi. Chciałabym mieć własny pokój, tylko to raczej nie przejdzie.

Będę sobie może rano robić kanapki na potem. Może wezmę też jakieś zupki w proszku, w razie gdyby dało się je zrobić. No i może mama kupi mi czekoladki dla Poety, bo obchodzi jubileusz.

Wysłałam mail z pytaniem, czy mogę być w Grudziądzu już w czwartek.

A co teraz? Teraz już nic. Mam plan na jutro. Dziwnie nie martwić się studiami. To bardzo rzadko spotykana chwila.

Księżyc jest teraz tylko rozmytą żółtą plamą farby na niebie.

No a może udałoby mi się zasnąć? Czemu niby nie? Tylko zjem milion tabletek i wypiję herbatkę z melisy. A do snu mogę nawet… nawet ,,Narnię”.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gra w odpowiadanie na pytania

18 wrz

Zostałam nominowana przez SimplyRedGirl (dziękuję :)) i odpowiedziałam na jej pytania w tym oto poście:

http://jak-sie-ogarnac.blog.pl/2015/09/02/nominacja-i-pytania-nominacjowe/

A tera moje pytania. Niech będzie ich też 11. Podobno filozof to ten, który szuka, który pyta. Zostanę za moment Filozofem.

1. Jaki jest Twój ulubiony kolor (Prawda, że dobrze mi idzie? Zaraz mi wyrośnie długa, siwa broda od tej mądrości!) i dlaczego?

2. Kogo podziwiasz i za co?

3. Co cenisz w samotności, a co cenisz w życiu towarzyskim?

4. Jaki film bardzo lubisz i dlaczego?

5. Jakie wydarzenie w swoim życiu uważasz za przełomowe? Dlaczego właśnie takie?!!!

6. Co myślisz o współczesnym świecie?

7. Z jakich przyzwyczajeń trudno by Ci było zrezygnować?

8. Co Cię bardzo smuci, a co Cię bardzo cieszy?

9. Czy jest jakaś umiejętność, którą bardzo chciałbyś opanować? Jaka? Dlaczego?

10. Czy masz ulubiony instrument muzyczny? Jaki? Dlaczego??

11. Czy wierzysz w miłość? Dlaczego? A co to miłość?

Hahaha! Strasznie trudne pytania! Przepraszam i miłej zabawy ;)

Nominacje zostawię w komentarzach :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tego, no.

16 wrz

Jestem chora. Mam powiększoną jedną stronę gardła. Źle się czuję. Mój organizm, moje ciało broniło się przed chorobą aż do obrony, a już w drodze powrotnej zaczęło PADAĆ. Potem weszłam do pokoju, położyłam się i tyle mnie widziano. Zasnęłam, mimo że nie chciałam. A potem wstałam i znów się położyłam. I ani be, ani me, ani palcem ruszyć. Taka kłoda drewniana. Jakie to dziwne!

Mimo to potem jakoś mi się poprawiło i obejrzałam z Anią tamten film. A teraz dzisiaj znów ani be, ani me. Chyba zjem śniadanie (apetyt jeszcze mam), wrócę do łóżka i porozmyślam. Ale trzeba mi znaleźć też jakieś zajęcie zastępcze, żeby nie umrzeć od samego li trudnego myślenia o trudnych sprawach.

Jakie?

Książka? Film? Konspekt lekcji? No to może konspekt lekcji i potem ewentualnie książka może jakaś? Może se uzupełnię jakiś brak w lekturach polonistycznych? Albo ładny film, bo niby czemu nie?!

Bo nie. Ani nie pospałam, ani nie pomyślałam na dobre (a próbowałam tego i tego!). No to przynajmniej zrobię ten konspekt lekcji i wyślę pani z glotto. No to najpierw muszę wstać i iść po zeszyt, w którym mam na brudno ten konspekt. Dobra nasza, mam to!

No to trzeba włączyć Worda. Włączony (!!!). To teraz trzeba przepisać, a w tym celu także odnaleźć w tym zeszycie-dzienniku-brudnopisie też informację o czasie trwania tej lekcyi…

Łał, zrobiłam to, naprawdę to zrobiłam… Może dlatego, że wystarczyło przepisać, wprowadzając drobne tylko poprawki. Wysłałam nawet maila do pani z praktyk, do którego załączyłam ten nędzny konspekcik i w którym podziękowałam jej za leksykon wykonany przez studentów, który sprawdzałam pod względem poprawności gramatycznej i innej dziadoskiej.

Ale co teraz, się pytam. Dopiero 12:50. Może mam coś jeszcze zaległego? Tak. Muszę na październik nauczyć się w końcu opisu mieszkania po niemiecku. Co się odwlecze, to nie uciecze – mówi pouczające ludowe powiedzenie. Poza tym chcę założyć firmę i poszukać pracy na najbliższe dni, gdy już nie będę chora. No to co teraz? Może napiszę se pytania dla kogoś, w ramach tamtej starej zabawy w pytania, w której brałam udział.

No ale jakie? Zaraz się zastanowię i to uczynię. A potem wkleję do osobnego posta i hulajcie, blogujący! Ale najpierw herbatka. Miętowa. I miód.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

No bo teraz co?

16 wrz

JAJCO, hihi. MIĘSO, haha. Mogę tu pisać co chcę! Wspaniale!

Właśnie obejrzałam z siostrą ,,Love actually”. Dużo fajności w tym filmie, głównie chodzi mi o humor, bośmy się śmiały jak świnki (zwłaszcza ja).

Była dziś ta obrona. O dziwo bardzo się tym przejęłam i obudziłam się przed budzikiem, a potem wydawało mi się, że zapomniałam czegoś. Mogłam wziąć tę milionową (trzecią) wersję licencjatu, ale ostatecznie promotor wziął którąś inną i to ta będzie zarchiwizowana. Dostałam 5 za egzamin i 4 na dyplomie będzie. Promotor i recenzentka byli niesamowicie mili i miałam wrażenie, że aż… no nie wiem, że ja zawiodłam, a oni mnie ocalili.

No i teraz jest jakoś dziwnie, bo teraz mam już mało do załatwienia niby. A to mam:

- iść do pani nauczycielki ze SP i wziąć jeszcze jeden podpis, a potem zanieść papiery do pokoju nr nie wiem, ale wiem, gdzie jest.

- odebrać dyplom. Ul. Oboźna 8, III p., pok. 313, tel. (022) 55-20-659.

  • poniedziałek 13.00 – 15.00
  • wtorek, czwartek 9.00 – 12.00
  • środa, piątek – sekretariat zamknięty

- zapisać się jakimś cudem na II stopień,

- wysłać pani z praktyk glotto konspekt lekcji.

W ogóle miałam straszliwy problem z ciuchami. Byłam już bliska rozpaczy, gdy zrobiłam komplecik z jasnożółtej sukienki i czarnego żakietu, a także kremowych butów. Wszystkie inne pomysły były straszliwe. Aż mnie zimny pot oblewa na myśl o tym, co bym zrobiła bez tej sukienki. Do tego skombinowałam koczek i w przypływie natchnienia opryskałam go lakierem mamy, dzięki czemu włosy nie wypadły z koczka. To był bardzo emocjonujący ranek.

To dziś może jeszcze popatrzę, co trzeba zrobić, żeby znaleźć się jakoś na II stopniu. Oby były miejsca!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Deszcz mocno o szyby stuka…

15 wrz

… a wszystko okazuje się nagle szaleństwem, którego za nic mimo wszystko nie mogę pojąć.

Śmierć to za mało dla tego paskudnego chaosu.

No w każdym razie coś jednak jest pewne – jutro obrona. Teraz przeczytam jedną rzecz, rano inną. A w międzyczasie pośpię. Ale – co muszę mieć jutro (koniecznie):

- dowód wpłaty za dyplom,

- obiegówkę,

- 4 zdjęcia,

- prezenty dla komisji,

- notatki do powtórzenia,

- spokój w duszy,

- chyba jeszcze jedną wersję licencjatu, a więc i kasę na bindowanie (3 zł chyba), a nie mam nawet tego. Olać jeszcze jedną wersję. No chyba że w razie czego przyniosę niezbindowaną. Albo przed dyplomem wypłacę kilka złotych z konta w banku, przełykając wstyd. W każdym razie rano muszę druknąć znów licencjat.

To chyba wszystko. To mogę przeczytać tamto jedno coś. Eche.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

09 wrz

Nie piszę na razie tytułu, żeby nie przeczytał go ktoś sapiący za plecami osób w lochach, które używają akurat komputerów. Tak, jestem tu. Tak, dałam profesorowi pracę po poprawkach. Tak, powiedział, że mam zrobić to i siamto i przyjść jutro w samo południe, żeby dać mu ostateczną wersję.

A teraz jest 11:30, a o 15:30 muszę oddać pani z glotto gotową pracę. Na razie jednak trzeba mi wysłać maila do pani z dialektologii, żeby śmiało wstawiała mi to biedne 3… Jakie to złe.  Wysłałam. A co teraz, ja się pytam? Teraz trzeba zrobić to, co trzeba, pracę z glotto. Ale denerwuje mnie, że w korytarzu czają się ludzie, gotowi być może wejść do tej skrytki w lochach i dyszeć. Właśnie wlazły laski, ale wpuszcza je ich kolega. Gadają. Chyba się przeniosę na górę do biblioteki. Ale pewnie zamknięta…

Gadają niesamowicie, teraz już wszystkie cztery osoby, które tu siedzą. Jedna na chwilę poszła. Ale sobie znaleźli miejsce… Poszły i wrrróciły te gadające typy. Mam jeden artykuł niby przystosowany do B2. I spis nowych leksemów. To może teraz ułożę transkrypcję (nieistniejącego) wywiadu ze specjalistami. Potem trzeba będzie wymyślić ćwiczenia na wprowadzenie i utrwalenie nowego słownictwa. I wprowadzenie gramatyki, i ćwiczenia gramatyczne. I ćwiczenia na pisanie i mówienie.

Nie piszę, bo ci ludzie sprawiają, że wychodzę z siebie. Pewne siebie, radosne typy, tak bardzo wkurzające, bo są TU I TERAZ. Ja nie mogę, gadają bez ustanku, mimo że niby maja tu coś do zrobienia. NIC NIE ROBIĄ. Mam ochotę rzucić się na nich i pogryźć, bleee. Poszły dziady.

Mam i transkrypcję, jak cudownie jest, gdy nikt nie gada nad głową… Ale teraz nie mogę wytrzymać, boję się, że nic nie wyjdzie. Sprawdzę maila. Nie ma odpowiedzi, ale to było do przewidzenia. A może jet 3 w USOS-ie? N-n-nie ma! I co teraz? No co? Może się pojawi przed 15, oby tak!

No a teraz jak? Jak teraz? Jak? Spokojnie. Teraz, gdy mam już teksty, mogę przygotować tabelkę gramatyczną. Znaczy ona już jest, tylko trzeba ją ściągnąć z maila. Jestem dziadosko senna. Pobiera się plik. Jest olbrzymem, bo już ponad 100 MB, ale ja stamtąd potrzebuję może 1/500 – właśnie tej tabelki. Pobrany! Teraz się unraruje. Jest 12:44. O 13:30 myślę, żeby iść po coś do żarła, nawet chyba wiem co – kawałek pizzy!

A teraz koleś pociąga głośno nosem i (głośno) kaszle, a mnie nawet to wkurza. Nie zrozumiem, że jest chory i musi.

No to co obecnie? Obecnie aj nid zunrarowanego pliku. ale też ćwiczeń na słownictwo! Trzeba wymyślić jakieś ćwiczenie wprowadzające. Jak najlepiej poznać nowe słówka? Poszukam w guglu…

Coś tam było. Kobieta obok za to szepcze do siebie. I komputer się tnie. Nie wrócę tu, jak nie będę musiała. A tymczasem może napiszę choć polecenie… nie wiem. Jest 13:07, a ja się boję. Mam scenariusz lekcji. Teraz, jedno po drugim, trzeba mi zrobić ćwiczenia, które obiecałam. Teraz pewnie zdążę z jedno, potem po żarło i może uda mi się przenieść w inne miejsce. To nie jest tragiczne, ale może…

Mam jedno małe ćwiczonko nr 1, teraz trzeba po żarło, a już 13:48!

Skończyłam, łącznie z drukiem, przed 15.30 (łaaaaał) i okazało się, że powinnam to dać jeszcze wcześniej! Jakoś nie ogarniam. No a teraz pani psor siedzi za drzwiami za moimi plecami i prawdopodobnie to sprawdza. Mam teraz dziki problem z terminami, podpisami, zaliczeniami, wszystkim. Ale – już nic nie muszę robić poza formalnościami, drukami i te pe. Ewentualnie (czego pewnie nie zrobię, ale chciałabym, ale to niemożliwe raczej) mogę spróbować dopisać jeszcze kawałek licencjatu, bo promotor i tak nie zdążył przeczytać moich poprawek, więc wszystko jedno, co ja tam napiszę. To moja wina, że nie zdążył…

ALE żeby nie było tak łatwo (po jaką cholerę ja tak to wszystko utrudniam?), to te formalności są po pierwsze milionowe, po drugie wątpliwe, po trzecie pełne biegu, a nawet (o zgrozo!) ż e b r a n

w tamtej porze wezwała mnie pani psor. Potem miałam ochotę płakać z ulgi – u niej wszystko mam zaliczone na 4. Załatwiony podpis. Git majonez. Poza tym jeszcze trzeba wydruku z usosu, gdy już będzie ocena z dialektologii.

A poza tym tego… BUW. Trzeba przynieść książki i zabrać jakieś oświadczenie chyba. Do tego muszę mieć pracę w systemie licencjacką. A jutro ma być zbindowana razy dwa. Coś jeszcze? Nie wiem, co jeszcze. Chyba nic. Ładnie. Niedługo rok akademicki, to trochę ODPOCZNĘ, choć, znając siebie, nadal będę szaleć nocami przed oddaniem CZEGOŚ.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wry.

08 wrz

Tradycji stało się zadość. Zostawiłam sobie naukę do miliona pięciuset rzeczy tudzież zrobienie zadań na studia na ostatni dzień. Ważne, że nie na ostatnie godziny, jak to było z licencjatem. Ale kto wie, co jeszcze się wydarzy, biorąc pod uwagę to, że zaczęłam grać w symulator restauracji, który wciąga jak bagnisko. Przynajmniej dowiedziałam się, że zysk na własnej działalności jest sprawą trudną, zwłaszcza gdy chce się kupić nowe meble do wnętrza.

I stało się – zaziębiłam się. To straszne! Ale moja siostra ma zapalenie oskrzeli, to jest straszniejsze.

A teraz może bym tak popracowała? Tak uczynię, gdy tylko w mojej restauracji przyrządzę zupę pomidorową. Brakuje mi jeszcze 50$, żebym mogła kupić śmietanę za 300$.

Deszcz pada.

Mocno.

No to teraz mogłabym już zacząć.

Hmm… a gdyby tak POŁĄCZYĆ przyjemne z pożytecznym? Zupa będzie gotowała się jeszcze ponad 8 minut. To ja w czasie gotowania nowych zup będę wprowadzać poprawki do licencjatu!

Poza tym potrzebuję absolutnie genialnej strony do podręcznika dla cudzoziemców czy innego badziewia zaliczeniowego.

No dobra, nic nie zrobiłam podczas gotowania się tej zupy jeszcze! Ach, blogu, ratunku mój! Otworzę choć plik z licencjatem! Jest, a w międzyczasie zupa się prawie zrobiła. Dobra, nie mogę się oderwać od gapienia się na restaurację. Ale się nie oderwę zupełnie, a już 14!!! Chyba muszę tu pisać, jak se radzę. Zatem wstawię krem i zacznie się robić, a przy kolejnej kasie zupę, a potem będę robić poprawki, gdy kolejne zupy będą się gotowały. Odstępy 10-minutowe. Ania wychodzi…

No a jak zarobię jeszcze więcej – wstawię kolejne kremy. A zupy non stop też. O tak. A teraz czekam, aż się uzbiera na zupę, a w międzyczasie… ECH… w międzyczasie może choć ze dwie strony popoprawiam? Poprawiłam TYTUŁ. Mam gdzieś, że jest dziwny, promotor ma zawsze rację, zwłaszcza mój. To nie ironia. Trudno o lepszego promotora, tylko ten tytuł dziwny. Dobra, to teraz idę dalej. Mam taki plan, że poprawię wszystko, co jest w miarę proste, a na koniec zostawię se rozdział II, który będzie trudny.

No to… no to najpierw choć dwie strony POZA felernym rozdziałem.

Ulewa jak zbawienie. Mam te dwie strony popoprawiane. Burza się rozpętała. Czy Ania jest poza domem? Tak! A ja jej nie zatrzymałam, bo cieszyłam się, że będę sama w domu, ale złe… o nie…

Koniec ulewy, jest kapuśniak. Trzeba dalej poprawiać. Kolejne zupy się gotują, trzeba działać. No to kolejne… trzy strony teraz popoprawiam!

Poprawiłam, a teraz CZTERY spróbuję w miarę szybko. W mojej ,,restauracji” tymczasem robi się zupa, ja zmyłam prawdziwe naczynia i powinnam jeszcze w międzyczasie przygotować obiad w domu… Więc tuż po czterech stronach zajmę się odprężającym obiadem.

Są i cztery, choć nie do końca całe, ale bardzo blisko całości. Dla pewności poprawię jeszcze kawałek. No, teraz już na pewno są te cztery. Można się brać za obiad. A jest 17:29!!!

Wróciłam i czas wracać do poprawek. Teraz zostały mi już tylko 4 strony plus felerny rozdział, plus ewentualne dodatki, plus strona tytułowa…

To żeby się wkręcić, to najpierw DWIE strony.

Ojej, niechcący skończyłam. Chyba pierwszy raz mi się coś takiego zdarzyło. Ale jeszcze: ,,felerny rozdział, plus ewentualne dodatki, plus strona tytułowa”. Ale najpierw zjeść!

A później jeszcze to dzikie zaliczenie, nauka i ten… no… i tyle, ale jest już 18:41. Co za dzion! I ja niby mam teraz zająć się tym rozdziałem, jak zjem? Jak ja to zrobię? Wiem, że tam jest chaos nie do opisania, ale właśnie muszę go opisać, żeby wyglądał jak człowiek…

Dobra, zjadłam, zmyłam, wstawiłam czystka i już 19:16! Jak to jest możliwe? A, bo jeszcze restauracja i jeszcze wykonanie mojej potrawy, jaką było (co opiszę z przyjemnością) to: chleb, masło, pieczarki z cebulą i ser z mikrofali, a na to keczup, pycha!

No to tego… trzeba się zmierzyć z tym rozdziałem. Trzeba go najpierw przeczytać. Dobra, czuję ten bałagan, ale jak to posprzątać? Nie wiem. Może nie będę tu dłużej grzać miejsca, a w tym czasie zajmę się streszczeniem i szykowaniem całości. Przygotuję plik ,,Wersja ostateczna licencjatu”. Tak.

Ojej, nie wiem, jak to się stało. WSIĄKNĘŁAM. A, już wiem, zaczęłam czytać długaśny artykuł i nie mogłam się oderwać, póki nie skończyłam. A potem drugi, a potem piętnasty. I jeszcze wcześniej czytałam dużo artykułów w necie, i robiłam jakieś ćwiczenie psychologiczne. No i walczyłam z marginesami w licencjacie, co też trochę zajęło! Tak minęło mi, o czym mówię ze wstydem, niemal 5 gadzin!!! Niemal 6… To jakieś patologiczne lenistwo! Ale jestem tutaj! Jestem i będę robić. Nie ma tego złego… bo te artykuły (gry przez ostatnią godzinę nie, artykuły – tak) mogę wykorzystać częściowo w zadaniu nr 2! A teraz spróbuję się ogarnąć na tyle, żeby w przeciągu następnych 20 minut zrobić minimum zadania nr! Start!

Zrobiłam kawałek – stronę tytułową ze streszczeniem i słowami kluczami. Czemu to wszystko idzie tak… żółwio? Czemu? A potem znowu się rozproszyłam niczym… nie wiem. Nie wiem niczym co. Boję się życia.

A teraz może odłożę jeszcze na chwilkę najgorszy rozdział i zajmę się choć li zarysem tej drugiej ,,pracy domowej”. Boję się, co to będzie z oceną. Bardzo. Bo są komplikacje. Trzeba działać!

OJANIEMOGĘ! Panie od lektoratów na UW mnie faworyzują! To bardzo miłe po koszmarnych doświadczeniach z liceum, gdy facet z angielskiego na jednych zajęciach wstawiał mi po kilka jedynek, a przynajmniej groził tym i mówił, że nie będzie kopać leżącego. Pani z niemieckiego lektoratu wstawiła mi 4 i zaufała, że przyjdę do niej w październiku. OJANIEMOGĘ. OJANIEMOGĘ. To teraz już muszę jutro wywalczyć tę 4 z dialektologii, to będę miała w miarę okej średnią. Tak, teraz brak mi zaliczeń tylko z warsztatów glotto i z dialektologii.

Na jutro powinnam mieć:

- licencjat po wszystkich poprawkach,

- wydruk ocen z USOS-u,

- dokumenty z praktyk w podstawówce,

- pracę domową z glotto,

- wiedzę z dialektologii.

Na razie średnio mi się chce spać, myślę że MOŻE zasnę o 4, więc miałabym jeszcze niemalże 3 godziny.

ALE wydruk z przebiegu studiów powinnam zrobić dopiero po zaliczeniu dialektologii, a potem ewentualnie jeszcze raz po ewentualnym zaliczeniu gloto.

No to może teraz ten zarys pracy na glotto. Podejrzana sprawa – wydaje mi się, że już ją kiedyś robiłam, ale nie pamiętam, czy dla tej pani psor. Jak to se przypomnieć? Może sprawdzę wszelką pocztę i dysk…

Robiłam podobną rzecz dla jednej pani, ale nie dla tej. I nie zrobiłam jeszcze na pewno jednego innego zadania na te warsztaty, ale też dużo robiłam. No to co? To teraz nie zrobię niemożliwego – spróbuję tę jedna pracę zrobić. Pamiętam, że coś próbowałam i sobie wysyłałam na maila gotowe rzeczy. Poszukam.

Nie ma tego nigdzie, ALE przypomniałam se, że pani psor wysyłała nam wzory takiego zadania na maila, grupowego czy osobistego, nie pamiętam. Poszukam. Nigdzie tego nie ma. Zaczynam panikować. Serio. Bez sensu, wiem. Mam zrobić lekcję dla cudzoziemców. Przecież to proste, przecież to już robiłam, pamiętam! Pamiętam, jak wymyśliłam cele i oddałam WŁAŚNIE TEJ PANI PSOR, tyle że część napisałam długopisem!!!

Tak!!!

I oddałam też inną lekcję, i nie poprawiłam z 3+, a robiłam na szybko i bez sensu, ale nie o to chodzi, chodzi o TAMTO. Oddałam to! Może więc mam to choć na dysku? Nie, robiłam to u Ani, bo nie miałam wtedy internetu, bardzo możliwe, że nadal tam to jest… A nie, u Ani robiłam coś innego. Ale chaos. To poszukam u siebie, a w razie czego – zrobię od nowa… Mam u siebie to, co myślałam, ze jest u Ani. Dobra, zrobię i od nowa. Mogłabym zobaczyć, czy ktoś z glotto jest online, najwyżej i tak się nie odezwę. Przełamałam się i napisałam, ale w międzyczasie ta osoba ODESZŁA. Nic dziwnego, jest 1:48. Wróciła, ale nie wyświetliła. No to chyba muszę włączyć kreatywność. Jak toto będzie ładne, to nawet ta pani to pokocha. Może nawet wydrukuję jutro w kolorze.

Włączyłam google. Znalazło mi konspekty lekcji z różnych języków, z polskiego jako obcego nie.  No to trzeba szybko myśleć, a mi się nie chce. Chyba nie poprawię tej dialektologii. A może? Muszę tylko szybko teraz zrobić dużo.

A może ja co innego oddawałam? Chyba co innego! Chyba tak. Więc muszę teraz zrobić… to. I to ładnie. Ech. Ale ja nie wiem. To co teraz? Teraz może zrobię herbatkę. Albo chociaż zacznę. Znajdę jakiś ładny wzorcowy konspekt. Mam kilka. To teraz poziom. Może… B2? Będzie trochę trudnych słów. (Ale ja to robię…) A tego… czego będę uczyć? Może imiesłowu przymiotnikowego biernego i słownictwa związanego z bezsennością i opisywanie stanu, w jakim znajduje się człowiek, jakaś relacja z wypadku czy czegoś. No i artykuł jeden z tych, które czytałam. Ew. uproszczony.

Ble. I niby co teraz? Teraz mam opisać czas lekcji, cele lekcji i potrzebne materiały. I poziom.

Dobra, to wszystko już zrobiłam. Co teraz? Teraz herbata chyba. Zeżarłam w międzyczasie kanapkę z chleba, masła, sera i pieczarek z cebulą.

A po zalaniu herbaty trzeba wymyślić ćwiczenia… ECH. Pewnie ze dwa teksty, dłuższy i krótszy, i praca z nimi i bez nich, i tabelka z imiesłowami. Czuję się… czuję się… hm… jak… jak jakaś kiepska uczennica Hogwartu, która czuje, że pomyliła się w eliksirze, ale wrzuca kolejne składniki i ma nadzieję, że będzie działało.

Jedno ćwiczenie to mógłby być psychotest. Nie ma mowy, abym zaliczyła dialektologię. Papa, 4 z dialektologii!

Nie mam już sił. Wezmę coś na senność, umyję się i pośpię, ile się da. Rano spróbuję dokończyć, ile się da, a potem iść ten… do promotora, a potem na dyżur.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rzeczywistość i ja.

06 wrz

Przerasta mnie rzeczywistość. Jestem mała jak jaszczurka, a rzeczywistość jest, zwłaszcza teraz, duża jak PŁETWAL BŁĘKITNY. A żeby wygrać w takiej grze, że się wygrywa, to trzeba być większym od rzeczywistości. A to nie jest byle jaka gra. Że jak wygram, to czekoladę se kupie. Jak wygram, to będę kochaną Agnieszką, jak przegram, będę złą jędzą. Nie chcę być złą jędzą. Kto by chciał być okropną, obrzydliwą, brzydką, cuchnącą, złośliwą, z burakami za zębami jędzą?

NIKT.

A teraz powinnam się zabrać do czegoś, ale zjadłam chińczyka i nie mogę się ruszać. Może to jakoś oswoję, jak wypiję miętę czy inny rumianek.  A potem:

- zmywanie,

- ogaranianie,

- uczenie się.

Mam kolejną ziołową herbatkę. Jest 00:31. Jutro o 10 mam być w gabinecie promotora (bbbboję się!), a potem muszę wybrać kawałek kasy z bankomatu i oddać znajomej. Więc plan taki jest, że promotor, bankomat, koleżanka. Czyli że muszę wypełznąć z domu niedużo po 9. Czyli że muszę wstać po 8, to straszne, ale tak jest! Ale do wyjścia nic już nie muszę robić, więc muszę po prostu wstać o tej 8.30 gdzieś i wyjść. To pozytywne. Ojej, mama tydzień temu wysłała mi na konto 25 złotych, a właśnie tyle muszę oddać koleżance. Ale trzeba wybrać 50. Tak.

Teraz pozostaje tylko umyć się i położyć, a mi nawet tego się nie chce. Jakie to niedobre jest. Może po wyłączeniu ekranu policzę do iluś i pójdę. O tak. Ale najpierw może… albo nie. Chciałam wstępnie ogarnąć materiały do nauki dialektologii, ale lepiej nie, bo one są zbyt rozrzucone. Mam jeszcze inne zaległości i obawiam się, że nie uzupełnię ich w jeden dzień. Okropność. Trzeba… trzeba pracować!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jestem człowiekiem sukcesu!

03 wrz

Obudziłam się o 13 i już nie zasnęłam! Co więc robiłam w łóżku do po 14? Może na kilka minut i przysnęłam, ale tak to grałam w Quizwanie i uczyłam się języków z DuoLingo, więc bardzo naukowo i produktywnie!

W każdym razie to i tak wielki sukces, biorąc pod uwagę to, że poprzedniej ,,nocy” zasnęłam chyba o 9 i obudziłam się po 17, a jeszcze wcześniej zasnęłam o 14 i wstałam o 19… Świetnie mi idzie dostosowywanie się do norm cywilizacyjnych i studiowych! No a co potem? Potem zjadłam śniadanie – placek z masłem orzechowym i dżemem truskawkowym i kawa. Czytałam sobie też beztrosko fanfic. A teraz zaraz mam jechać do pani z praktyk i bardzo się niepokoję. Ta pani chce ode mnie indeksu, a po co jej mój indeks, nieużywany od lat? Poza tym chce dzienniczka praktyk, a ja go nie mam. Muszę teraz go sobie zrobić, z jakichś strzępów z zeszytów i paragonów. Przepiszę do Worda te strzępy informacji ze strzępów, bo nie chce mi się robić tego na kartce albo w zeszycie (to jest jedna strona!).

Aaach, a poza tym to czuję się naprawdę niewyraźnie po tych wszystkich szaleństwach niespaniowych. Powinnam szukać pracy (ale na pewno nie na noc!) i odbębniać plan z poprzedniej notki… Ja? Ja mam robić to wszystko? Na pewno mam robić dzienniczek, no to muszę otworzyć Worda. Otworzyłam. Teraz muszę co? Teraz muszę otworzyć zeszyt nr 1. Jest, to teraz trzeba zrobić tabelę w Wordzie i wpisać tam wszystko z pierwszego i drugiego zeszytu i strzępów. Udało się, teraz pozostaje już tylko wydrukować ten pożal-się-Boże dzienniczek i wylatać z chałupy. Za 17 minut autobus, uch…

Bardzo lubię moją panią od praktyk, bo ma podobne podejście do punktualności do mnie, a przynajmniej przy mnie ma takie podejście do punktualności, więc jak ja się spóźniam, to i tak mam potem trochę czasu na ochłonięcie, znudzenie się, kupienie picia, odpisanie na smsy, zwiedzenie miejsca, w którym się umówiłyśmy, rozczesanie włosów, obejrzenie ulotek i zdjęć w budynku, pomodlenie się, poczytanie tabliczek na drzwiach, ponowne rozczesanie włosów… Nie wiem, czy dobrze czaję, ale chyba obie jesteśmy zadowolone ze współpracy. Ale nie zaproponowała mi pracy u nich, więc może źle czaję. Mówiła tylko, że jest dużo pracy dla takich jak ja, mających dyplom z glotto (ja jeszcze nie mam) i żebym sobie znalazła pracę już na ten rok.

A potem dałam koleżance materiały do nauki do matury z polskiego i nagle zrobiło się tak, że gadałam z czterema osobami naraz, co było bardzo dziwne jak na mnie. Siostra mojej koleżanki jest bardzo entuzjastycznie nastawiona do życia, lubię takie podejście.

Wróciłam z wyjścia. Może dziś zasnę ok. 4, na razie jest po 3. Może się uda, teraz to jest moje główne zadanie. Jutro inne zadania.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Karaok.

02 wrz

Karaok dziś niedługo, Kasia i ja. A jutro o 10 dyżur z niemieckiego. Hahaha, jasne, że nie pójdę, choćbym na karaok nie szła, bo niby jak mam zasnąć? Zaśnięcie rzecz trudna, jeśli nie niemożliwa. Ja chyba się poddam i se kupię jakiś silny środek nasenny, o ile taki dostanę. Rozregulowałam sobie tryb snu i czuwania maksymalnie, a nawet gdy nie jest rozregulowany, to ja mam skłonności do rozregulowywania i skłonności do bezsenności.

Ach, marzę o domku z ogrodem, co za głupie, przyziemne marzenie… Kto zarobi na taki domek? No chyba nie ja? Bo jak? Gdzie ja mam pracować i CZY ja mam pracować po to tylko, żeby spełnić głupie, przyziemne marzenie? Niby to i dla ewentualnych przyszłych dzieci się robi. No i gdzieś będę musiała mieszkać. Jeszcze nie wiem, jak chcę to wszystko urządzić, ale boję się bardzo, że dogoni mnie presja oczekiwań społecznych i społecznych, nie moich, marzeń. Jeszcze nie wiem, gdzie będę pracować, ale w tym roku chciałabym już dużo zarobić. Najchętniej to bym otworzyła firmę, niczym moi znajomi, i z ramienia firmy (mówi się tak?) dawała korki z polskiego i może jeszcze inne usługi oferowała, nawet typu korekta tekstów czy pisanie artykułów. Ale czy takie coś jest w ogóle możliwe? Czy ja się na to poważę? Czy jedna firma może oferować usługi z różnych dziedzin?. Czy dam radę z formalnościami? Czy się odważę? Czy nie zawalę studiów? Czy nie zbankrutuję? Czy się nie zatracę? Czy ktoś mnie będzie chciał?

No w każdym razie to jest do przemyślenia, a tymczasem (czy będę potrzebować kasy fiskalnej?) może zajmę się sprawami naglącymi.

Za jakąś gadzinę trzeba wypełznąć z domu. Trzeba zacząć się szykować już za jakieś pół gadziny, żeby potem nie panikować. No to mam pół gadziny beztroskiego leżenia i ogarniania. No to sprawa wygląda tak. Muszę się koniecznie dowiedzieć, czy będę mogła mieć dopisaną ocenę ręcznie 9.09 albo nawet 10.09, a potem się obronić 15.09. Dobrze by było wtedy też donieść papiery pani z praktyk podstawówkowych.

3.09 o 16 mam jechać do pani od praktyk cudzoziemcowych (o, moja firma oferowałaby też naukę polskiego dla cudzoziemców!). Przed 16, jeśli wstanę, mogłabym popytać o ocenę i zanieść papiery.

7.09 o 10 mam być na dyżurze u promotora. To do tej pory już muszę mieć wyregulowany ten tryb!

8.09 o 11 pani z niemieckiego ma dyżur. No, lub jutro o 11. Ale to się nie uda. Chyba że bym zasnęła, wstała o 9, przygotowała opowiadanie o swoim pokoju i pojechała, a to, wbrew pozorom, jest niemal niewykonalne!

8.09 od 9 do 11.15 dyżuruje pani od egzaminu z pozytywizmu i modernizmu, choć może przyjdzie potem. Musiałabym napisać do niej. To plan jest taki, że jutro jak nie wstanę, to napiszę do pani z niemieckiego maila, a do maila załączę pracę o moim pokoju i może jakąś jeszcze i spytam, czy to wystarczy. Opowiem o mojej sytuacji. Jeśli się uda – napiszę do pani od egzaminu z prośbą, żebym mogła się poprawiać. Jeśli się nie uda – będę myślała jutro. Hmm… ale jeśli by mnie wzięła o 9, to ja bym wtedy zdążła dojechać na niemiecki na 11. Ale to trzeba jutro pomyśleć.

9.09 o 10 jest dyżur pani z dialektologii, a o pięknej 15.30 – dyżur pani z glotto, na który mam przytargać jedną pracę, do której nie wiem, jak się zabrać. I wydruk z usosa też mam przytargać. Choć nie, ten wydruk to potem, jak już będzie ocena. Ale nie będzie oceny. O nie, o nie. Właśnie ta jedna ocena taka straszna! No to może pani z glotto wpisze tę ocenę i podpisze? Ryzykowne! Może wyślę jej tę pracę też wcześniej, w razie czego. Ale boję się, że to tylko zaszkodzi. Ale nie zaszkodzi przytargać wtedy też wydruk.

Wynika z tego, że między jutrem a 7.09 miałabym czas wolny, tzn. mogłabym wtedy pisać pracę dla pani glotto, czytać lektury, uczyć się dialektologii, spotykać się z Pawłem i z Kasią i iść do jakiejś dorywczej pracy. Podobnie między 9.09 a 15.09, wtedy wszystko powyższe, poza nauką.

Och, jej, odkryłam rzecz dziwaczną – jak mam plan, trudno mi być spontaniczną – to się wyklucza! Kasia spytała, czy przyjdę wcześniej, a ja miałam plan i nie chciałam. Zwykle nie mam planu. Ale i tak bym nie przyszła, bo bym latała w panice. A teraz jem. I myślę nad piosenkami, które znam. Znam?

Jej, jak oczerniają Dudę. Widziałam tę jego ,,ucieczkę”, która ucieczką mi się wcale nie wydaje.

Wróciłam. To nie było piękne, to było takie se. Teraz pewnie nie usnę, mimo że 2:46. Teraz mam do wyboru – niemiecki lub taki wciągający fanfik. Albo to i to. To może najpierw zrobię kawałek niemieckiego, a potem fanfik, a potem znów niemiecki, i znów fanfik, i znów niemiecki, i znów fanfik! Taaa jest!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii