RSS
 

Archiwum - Listopad, 2015

TRAGEDIATRAGEDIATRAGEDIA

30 lis

Co ja będę pisać, jak będzie prawdziwa tragedia? Ale nie będę myśleć zawczasu, bo po co?

DOBRA. To jest tak – kompletnie się pogubiłam w życiu… jestem na zakręcie. Do tego w jaskini lenistwa. Ale gram sobie na gitarce i idzie mi coraz lepiej, BO odkryłam, że im więcej czasu czemuś poświęcasz, tym lepszy wynik. A także – można skupić się na jednym zadaniu i dopracowywać, a będzie zwycięstwo. Odkryłam to, grając w Pazura.

Jaskinia ciemna i ponura ALE dopiero 19:11. ZATEM mogę coś zrobić, bo to jeszcze nie pora spania.

Mam PROBLEM i blokuje mnie strach. Tak, że nie robię nic, co mogłoby mi POMÓC.

Co robić, HEJ? Co robić…

Oddychać. Dobra. Mam mini-pomysł. Ciągle nie mam tych dennych przypisów. Trzeba robić tłumaczenie z łaciny. Dużo tłumaczenia z łaciny. Zacinam się w łacinie i nawet jednego zdania jeszcze nie przetłumaczyłam. Mogłabym, niczym popylając w Pazura lub na gitarce, po prostu to zrobić, ale to jest trudniejsze, bo trzeba użyć więcej mózgu i pamięci, i czasu. A czasu nie ma, mózgu… ostatnio też brak, a pamięć do języków zawodna jak PUSTY BURAK. Trzeba mi zrobić inną rzecz. Trzeba mi zrobić resztę przypisów teraz, ile umiem. Czy ja to zrobię, w jaskini lenistwa? Jak trudno opuścić jaskinię lenistwa. Jak trudno wyjść.

I już klarował mi się plan ,,jak wyjść”, gdy TELEFON OD KAROLINY. ,,Możesz wyjść?” OJANIEMOGĘCAŁĄSWĄNIEMOCĄ, nie mogę wyjść! Jest zimno, jest ciemno, jest powietrze, brzuch mnie boli, nie lubię nie być ostatnio w domu, mam plan, jak wyjść z jaskini, a Ty… ,,a jednak nieważne :P” piszesz w smsie. Kurczę.

Dobra. Plan jest prosty jak konstrukcja kija. Tak jak przy licencjacie. Włączę se stoper na 15 minut. Zrobię to. Tak. Zrobię to. Brzuch mnie boli, ale zrobię. Ale ze mnie cep. Tuż po tym zdaniu z łaciny jest tłumaczenie samego autora. Ale cep. Ale potem chyba już nie ma tak dobrze. To teraz przez 15 minut porobię.

Nic z tego. Przez 10 minut bawiłam się w rysowanie po pulpicie. Mam tam cztery radosne Grażyny. Domalowałam im nosy, wąsy i zęby królików. A potem zamalowałam wszystko. Z moim mózgiem jest bardzo źle. Jeszcze jedna próba. Czas – start. Po 6 minutach pełnych przerw koniec.

Po długiej przerwie start. W trakcie skoczę po robiącego się sandłicza, ale i tak start. Pełne 15 minut = krok w stronę sensu życia.

JEST pełne 15 minut. Krok bliżej sensu życia. ACH. Idzie mi jak po grudzie, ale idzie. Trzeba dalej. Jeszcze 15 minut i może skoczę do Żabki (hi, hi) po coś do podgryzania. JEST i pełne 20 minut. Jestem z siebie dumna. Nie spodziewałam się, że wyrwę się nareszcie z marazmu. A teraz Żabka.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

CO ZA DNI.

29 lis

Tragedia dni. Całe dni w domu. Najpierw w łóżku z KOMIKSAMI i ,,Urzekającą”, teraz w domu z fanficion z Harry’ego Pottera i forum o uczuciach. Byłam chora, ale już mi dobrze. Ale lekko chora. Rozwalająco lekko chora. 37,3. TRAGEDIA. Umrzeć to lepsze niż taka tragedia. Wylazłam tylko raz, aby z Kasią coś zrobić. Co to było? Aha. Jej urodziny. I raz na konferencję o unieważnieniach małżeństwa. I może raz do kościoła? Poza tym piętro wyżej do sąsiada, żeby go uczyć polskiego. TO WSZYSTKO.  I raz do Chińczyka po żarcie. A poprzedni tydzień też tragedia, prawie cały czas w domu Z NICZEM. NIC nie robiłam. Ostatnie dwa tygodnie = TRAGEDIA. I dużo siedziało i się działo we mnie. Ale poza tym – TRAGEDIA.

TRAGEDIA, TRAGEDIA.

TRAGEDIA.

No, skoro już pojęczałam, to mogłabym coś jednak zrobić. Co? Mogłabym nie być leniwa. Nagroda to satysfakcja i dużo sił do dobrego życia. O tak. Ale prawie już pora spania. Co za dzień. Co za TRAGEDIA.

No i załóżmy, że nic nie zrobię. To co robić? Co robić?

Mojej siostry nie będzie na noc. Mamy też nie. To się zdarza średnio raz na 3 lata. Piękna sprawa. Może tak – zrelaksuję się przy muzyce i winie… No dobra – przy melisie. Zrobię se… kąpiel. Ze świeczkami. Chodzi o to, żeby nie podniecić się żadnym opowiadaniem, żadnym tematem na forum, żadnym komiksem, niczym (swoją drogą – mój poziom leży i kwiczy. Dziś z własnej woli włączyłam sobie ,,Ukrytą prawdę” i uznałam odcinek za wartościowy i poruszający).

Zrobię se kąpiel. Czyli coś, co się zdarza raz na 2 lata (ale myję się – biorę prysznic). Do tego piękna muzyka. Uspokoję się – na logikę i na siłę. Zapomnę o lęku, że nie zdam i nie znajdę pracy. Uspokoję się, zrelaksuję i pójdę spać. A od rana będę normalnie zasuwać jak pan samochodzik. Melisa teraz, żeby potem nie wstawać, jak za późno wypiję. Wywietrzę w pokoju, posprzątam to, co zabałaganione. Rozłożę łóżko, żeby nie spać na połowie. Tak. I posprzątam w łazience. A potem się zrelaksuję w wannie. Och.

Dobra, tyle mogę zrobić. A od jutra jestem panem samochodzikiem. I jeszcze pościel świeża. Może zasnę?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Poradzić se.

20 lis

Postanowiłam ruszyć się i poczytać na seminarium. Jeden akapit już przeczytałam i pozaznaczałam miejsca, które trzeba by opatrzyć przypisami. Teraz może uda się drugi. Na szczęście tekst krótki, niecałe dwie strony. Ale trudny, bo staropolski. I chyba dopiero na tym seminarium mają powstać przypisy. Ciekawa rzecz. No to ruszam z drugim. Nie umiem go zrozumieć. Choć pierwsze zdanie może? Pierwsze zdanie to prawie cały akapit… Jeszcze raz go. Jest, w miarę. Mózg boli, dawno nieużywany do takich celów. Poprzedni tydzień pod względem naukowym – porażka. W sensie ten świeżo miniony. Idę zaparzyć czystka. I na razie olewam czytanie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

OJEJ.

16 lis

Za dużo naraz, choć przecież tak mało… nie mogę podjąć najprostszej decyzji, bo się boję głupot. Zastanawiam się, czy jechać dziś na wieczór poezji i muzyki. Za oknem zimno, ja dopiero co wyleczyłam się z jednodniowego przeziębienia. Lepiej nie.

Zamiast tego dobrze by było zająć się nauką. Tylko tak trudno mi się do tego zabrać, jakby to było przepchnięcie ogromnego kamulca przez olbrzymie pole. Ale chyba pojadę na ten wieczór. Opatulę się i pojadę. Już się czuję dobrze. Ale kurczę, po wyjściu będę czuła się źle, wiem to. Lepiej się wygrzać. Ale problemy mam, żałosne to. Nie wiem, jaką decyzję podjąć. Zostanę. Tak, zostanę. No. Zostanę.

Dobra, więc nie jadę. Głównie dlatego, że mi się nie chce. Poza tym siedzę cały dzień w domu przez to przeziębienie i to będzie źle wyglądało, mimo że teraz mi lepiej. Wiem, kiepski argiument. Jeszcze poza tym – naprawdę powinnam się doleczyć do końca. Nie mogę się pozbyć jednak przeczucia ,,jedź”. No cóż. I nie mogę się zabrać też przez to do nauki. Kretyńskie to, ale tak jest.

Może oleję wszystko i poczytam wiersze.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak się ogarnąć?

13 lis

Siedzę, leżąc na krześle. Zeżarłam duży obiad po długim łażeniu i z tego względu teraz jestem w fazie ,,dajcie mi spać”. Ale ja nie chcę jeszcze spać. Jest 18:08. Trzeba mi tylko się ogarnąć, ale, o dziwo, nie mogę ruszyć w żadnym z właściwych kierunków. Wierzę, że udałoby się, ale nie potrafię.

Ale potrafię. Tylko co teraz zrobić? Może zacznę od umycia naczyń. Przebiorę się, umyję naczynia i tu wrócę. Umyłam, ile się dało. Juz nie ma miejsca. Poza tym wyniosłam z pokoju śmieci, większość. Wyniosę jeszcze resztę, a także brudne lub czyste ciuchy z wierzchu i się tu pochwalę.

Zrobiłam i zrobiłam listę na prezenty dla kogoś, teraz mogę zająć się moimi studiami. Mam do wyboru – napisać do pani od niemieckiego (Aaaaaaaaaaaa!), poczytać ,,Człowieka bez właściwości” (hmmm…), odpisać facetowi z seminarium (Aaaaaaaaaaaaa!), poczytać tekst na seminarium, poczytać książkę pożyczoną od faceta z seminarium lub pouczyć się jerów.

Wybieram: ,,Człowiek bez właściwości” i zupa!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ojej, ojej.

07 lis

Z góry słyszę dobiegające jakieś krzyki. Przed chwilą w niecałą godzinę napisałam z Jarkiem rozprawkę na temat mówienia prawdy. Może jego tata ją przeczytał i mu się nie podoba? Dał mi 25 zł za to. Poza tym przeczytałam wypracowanie szkolne Jarka. Robi żałosne błędy, jestem przerażona. Choć i trochę zapamiętuje z naszych i szkolnych zajęć i, jak zawsze, błyszczy inteligencją. Jarek siedzi przy biurku dokładnie nade mną i ma te same sezamki co ja na biurku. A znaleźli mnie przez internet.

Czuję się momentami bardzo źle, ale skupienie na jakimś zajęciu robi mi dobrze. Chcę dziś dokądś pojechać i tam się pouczyć (nadal słyszę krzyki…). Chcę się okutać w najcieplejsze ciuchy, wziąć ze sobą koc do opatulenia i jechać. I jakąś wielką czapę na głowę. Teraz wszelkie MIEJSCA nie powinny być popularne, bo zimno i wilgotno, i pochmurno. Aż samej mi się ciut odechciewa. Dokąd jechać? A może do Zielonki? Czemu nie. Pojadę, posiedzę nad wodą, odjadę. Hm. Sprawdzę dojazd.

Dobra, trzeba wyjść za kwadrans. Spakuję się i jadę. I git.

No i wróciłam. Byłam zupełnie sama pośród stawów zasnutych mgłą. Wprawdzie blisko cywilizacji, ale nadal SAMA. Tego chciałam od dawna. Szkoda, że tak trudno znaleźć samotność na tym łonie natury. Włącza się zawsze lampka ,,przecież może być niebezpiecznie, co robisz?”. A niebezpieczni są ludzie. Muszę wynaleźć sposób na bezpieczne, samotne podróże w dzicz. Domyślam się, że paradoksalnie im dalej od miasta, tym bezpieczniej. I pewnie są jakieś jeszcze sposoby, jakieś alarmy doczepione do ciała czy inne dziady. Na razie znam dwójkę samotnych podróżników. Faceta, od którego pożyczyłam kiedyś namiot i Paulinę. Planuję prędzej czy później ruszyć w taką podróż, jak Paulina – w góry albo w las. Do tej pory sama jeździłam tylko do miast – do Gdyni, Świnoujścia, Pisza i Grudziądza. Zawsze miałam jakiś pretekst – rekolekcje albo warsztaty. Poza tym z Kasią byłam w Krakowie dla zwiedzania (wiem, że niepolska składnia) i z Pauliną w Szczecinie dla rekolekcji. Raz chciałam jechać sama do Torunia, żeby go zwiedzić, ale nie zdążyłam na autobus. A, no i Borsuki pod Pułtuskiem. Paweł za to jeździ regularnie samotnie do Gdyni, żeby pogapić się na Błyskawicę. Ja chcę dziczy. Pragnę dziczy. Tata uważa to za horror, mama też. Paweł… Pawłowi się jeszcze nie chwaliłam, jakie mam marzenia.

A tymczasem czuję, że muszę się uczyć. Dobrze jest się na czymś znać, a ja za mało chodzę na wykłady. Dobrze się znać na tym, co się kocha! Tak. Na polskim. Jak zaoszczędzę troszkę, to może na dwa dni skoczę w jakieś niskie, łatwe góry. SAMA.

Jestem głodna. Chcę zrobić sobie sos pomidorowy do makaronu. Tyle rzeczy chcę! Nie wszystkie są pustą konsumpcją i pełną kontemplacją. Nauka służy też pracy. Właśnie, pracy też chcę poszukać. Korków. Chcę więcej korków.

No a wszystko dlatego, że jestem w tej fazie miesięcznego cyklu, gdy mam dużo sił. Jestem pewna, że to przez to mam tyle pomysłów i siły, też tej fizycznej. Dobra, to najpierw zaktualizuję ogłoszenie na stronie z korkami. Nadal będę sobie życzyć te 25 zeta za gadzinę. I 20 zeta za naukę cudzoziemców. Bo dopiero zaczynam. Mam na razie tylko taki pomysł, że robiłabym kserówki z podręczników z poziomu podanego przez ucznia. Poza tym pytałabym, do czego potrzebuje polskiego. Jak do egzaminu, to nauka pod egzamin.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

To okropne.

05 lis

Boli mnie brzuch i bardzo mi niedobrze i słabo. To wszystko przez wydarzenie, które ma we mnie miejsce co ok. 25 dni. No, skoro się już naskarżyłam, to teraz mogę poogarniać. Za niedługo trza wylatać z chatyny. Muszę sprawdzić, o której. O  14:22 mam 151. Grejt.

To jeszcze kawał do wyjścia. No to może tak – w drodze chcę poczytać ,,Człowieka bez właściwości”. Muszę mieć ze sobą podanie. Gdzie podanie? Jest podanie. Spakuję je. Już.

Potem jest jakiś wykład, którego niestety nie lubię, do 18.15. Nie lubię, ale mogłabym lubić, ale nie lubię. A o 20 jest slam, w którym planowałam wziąć udział. Więc może nie pójdę na ten, nieobowiązkowy, wykład, wrócę do domu, umyję głowę, zbiorę wiersze i pohasam na slam. A może pójdę na wykład, zbiorę wiersze i pohasam na slam. A może pójdę do domu i zakopię się pod kocem. Zobaczymy.

Na pewno muszę być na seminarium. I na pewno muszę dziś twórczo poczytać, bo za mało pracuję. To straszne. Niedobór pracy, a kiedy indziej nadmiar. To niedobrze. Chcę być twórcza i efektywna (i efektowna) cały czas! No to może zacznę od tego, że jak zbiorę siły, to umyję naczynia. A do tej pory mogę poczytać ,,Człowieka”.

Aaaa, jednak nie jadę, słabo mi strasznie i źle. Będzie trzeba wszystko powyjaśniać, a tymczasem – człowiek i tyle naczyń, ile zdołam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Maszyneria pełna zarzutów

04 lis

Nie mogę się pogodzić z tym, że Paweł nie akceptuje tego czy owego w moim życiu, nawet jeśli ma akurat rację.

Niezależnie od tego, spróbuję żyć, ile mogę. To przecież nie szkodzi, że nie mam na wszystkim stempelka Pawła. Ale na ile mogę być niezależna w życiu i w związku? Nie wiem.

W każdym razie właśnie minęła północ, a moje jedzenie nie jest unormowane niczym. Głupia uwaga, że zjadłam zupę trzy godziny temu, a przecież to nie pora na to, męczy mnie do teraz. Nie mogę się pogodzić z tym, ze Paweł nie może się pogodzić z tym, że idę spać później od niego, że jem o innych porach. Nie mogę tego znieść, mimo że teraz siedzę tu sama, mam muzykę nagle odkrytą (https://www.youtube.com/watch?v=CoTQq-3E90o&list=PL8117D08AC886EB92), że nikt w tej chwili nie krzyczy, nie robi uwag. Jestem być może w stanie się zastanowić nad tym, co mogę zmienić, żeby żyło się lepiej mnie i innym, ale nie mogę znieść uwag Pawła. A może i niczyich. Znów zamykam się. Jestem też znów głodna, bo dziś, poza tą zupą z kawałkiem chleba, zjadłam tylko dwie grzanki i 18 sezamków.

To jasne, że gdy już ludzie żyją razem, to lepiej, aby mieli wspólny tryb, robili dużo razem. Ale nie mieszkam z Pawłem. O Boże, czemu nadal mnie to męczy do nieprzytomności? Czy tak będzie zawsze? Nie umiem zrobić kroku w żadną stronę. Może poczytam chwilę i spróbuję usnąć, bo jestem senna. Tak, bo jestem senna.

Nie mogę wytrzymać. To tak boli. To taki irytujący ból. Inny niż ból rozstania czy innego dziada. Taki irytujący, jak niewyspanie, nie jak duża gorączka i boleści żołądkowe. Głupie porównania trochę. Czemu Paweł chce, żebym szła wcześnie spać i nie jadła zupy wieczorem? Zupa na kolację to normalna rzecz u mnie. Pawłowi chodzi o to, że ta kolacja była po 21, a Paweł o tej porze nie je kolacji. Ja jem, czy kładę się o północy, czy o 1. Jak Paweł usypia o 22, to je kolację wcześniej. Więc wszystko git, po prostu nie chodzę spać o 22, bo nie muszę. Jak Paweł nie musi, to też nie zawsze chodzi. Więc wiem, że wszystko okej i nie muszę tracić energii na wyjaśnianie, bo to się zwykle kończy dyskusją albo zgodą tylko do następnego razu.

Jakbym spytała, czemu przeszkadza mu, że kładę się później, powiedziałby, że to niezdrowe. I nie miałabym żadnych argumentów. Tylko zmienić się lub nie zmienić. A jeśli się nie zmienię, to Paweł będzie coraz bardziej zamykał się na mnie i patrzył na mnie jak na idiotkę.

Nie widzę potrzeby zmieniania czegoś, chyba że dla zdrowia i zwiększenia efektywności. W takim razie kładłabym się nadal ok. północy, pierwszej. Nie o 22. I nadal patrzenie jak na idiotkę. Gdzie leży przyczyna tego całego bólu, gdzie ta drzazga, żebym mogła ją usunąć? Sama chyba nie jestem pewna, czy żyję dobrze. Zawsze miałam co do tego nieziemskie wątpliwości. W niczym nie potrafię się utwierdzić, więc łatwo mną zachwiać. A jak jeszcze to Paweł…

A serio to próbuje czasem na mnie wpłynąć, a ja, mimo że tak łatwo mną zachwiać, to jednak nienawidzę, jak ktoś próbuje to zrobić i stąd tyle nieporozumień. Czuję się wtedy atakowana i zmuszana do zmian. Mam tego tak dosyć, że najchętniej na zawsze zamknęłabym się na wszelkie wpływy, a przecież to niemożliwe. Jedyne wyjście to utwierdzić się w robieniu tego, co uważam za dobre i przyznawanie się przed samą sobą i innymi, gdy mi nie wyjdzie. Ale bardzo łatwo napisać poprzednie zdanie, a w środku krzyczę o akceptację i wydaje mi się, że łatwiej byłoby mi znieść samotność niż własne jęki i wicie się u stóp tego, kogo błagam o przychylność.

Nie mogę znaleźć spokoju. Chciałabym, żeby wreszcie ktoś zaakceptował moje życie i wspierał jedynie mnie w tym, co sama uważam za dobro. Może po jakimś czasie takiego życia będę w stanie dostrzec potrzeby tej osoby i otworzyć się na nie. Na razie żyję w jakimś tragicznym szamotaniu i nie mogę przestać się szamotać. Chwile spokoju to chwile wyłączenia się. W tej chwili nie mogę znieść żadnych wymagań. I stawianie ich wcale mnie na nie nie otwiera, robię wtedy kompletnie wszystko, byle je ominąć, choćbym świadomie starała się je spełnić. Boże, jestem tak bardzo niepewna. Gdyby teraz Paweł przyszedł i mnie zranił, rozsypałabym się. Nie mam zielonego pojęcia, co na to poradzić.

,,Uwierz w siebie” – mówią. Ale dokąd prowadzą nas ,,oni”, skoro to właśnie teraz ludzie nie umieją tworzyć trwałych relacji? Co mogę zrobić dzisiaj, żeby poczuć się dobrze? Albo żeby mieć COKOLWIEK DOBREGO. Zrobić cokolwiek dobrego, zrobić krok  w stronę… no, powiedzmy że miłości. HAHAHAHA, miłości. Kompletnie bez sensu jest mi pisać o miłości. Chaos nie umie kochać, nie jest twórczy, jeśli nie ma ośrodka porządkującego. NIE MAM ośrodka porządkującego. To może mogłabym odnaleźć taki ośrodek? Coś najważniejszego, czemu będzie podlegać reszta. Takiego wodza szukam w sobie. Ale nie mam pojęcia nawet, jakiego rodzaju byłby to wódz. Zaznaczam, że bez sensu jest mi pisać o Bogu. Mogę Go prosić, żeby przyszedł, ale chaos nie może się poruszać, póki nie stworzy w sobie choćby samochodu, roweru, butów… A nie mam tego wszystkiego. Idę po coś do żarcia, może zupę. Odrobina zupy, tran, witaminy D3 i K2 – może być. Teraz meliska i zaraz spać, a jutro zajęcia o 16.45, ale muszę być wcześniej na UW i poczytać teksty. A w domu też część mogę przeczytać.

No to co z tym ośrodkiem? Czym on mógłby być? Jakieś popularne psychologiczne książule mówią, że to jest właśnie ta pewność siebie. I błędne koło. Znaczy nie, mówią, że trzeba sobie pozwolić na uczucia. Nie pamiętam, co jeszcze mówią. A, żeby przepracować coś. A, żeby się pogodzić ze swoimi wadami. BYĆ SOBĄ. (No ale jako punkt wyjścia do ewentualnych zmian.) No to zacznijmy od wad. Bo uczuciami już się zajmowałam i nic na razie wielkiego z tego nie przyszło.

To mam powiedzmy jakąś wadę. Jaką? No lenistwo. I co z nią? Godzę się z tym, że teraz jestem leniwa. Że nie chce mi się sprzątać, myśleć, rozwijać, budować relacji, modlić, pracować, uczyć się, tworzyć. Mogłabym to wszystko robić, ale nie robię, bo jestem LENIWA.

A przy okazji przyszła mi do głowy pewna myśl, która jest krytyką całkiem popularnego poglądu,  że moralność rodzi się ze strachu. Moja odpowiedź – tylko taka moralność, w której mieści się tchórzliwość. Jeśli ktoś chce być odważny i chce być jeszcze jakiś, to nie będzie jeszcze jakiś ze strachu. Choć trudno oczywiście osiągnąć swój ideał.

No dobra. No to jestem leniwa. Nie chce mi się robić dobrych rzeczy. I mam przede wszystkim się z tym pogodzić. Hm. No to godzę się z tym. Wystarczy? I co to oznacza? Nie mam być z tego dumna, mam być z tym pogodzona. Ale co to oznacza? Że nie próbuję na siłę i na oślep się z tym uporać? Że obserwuję? Że… co? No co dalej? Lenistwo wiąże się z wieloma korzyściami i wieloma smutnymi rzeczami. Nie wiem, czego więcej. Więc po co z tym tak walczę? Pozornie więcej jest wad. Ale mogę znaleźć też zalety i wybrać sama, spokojnie, czego chcę. No to zacznę może obserwować. A tymczasem może jeszcze zagram w Pazura. I spróbuję nie czuć ślepych wyrzutów sumienia. Nie mogę. Od razu włącza się cały aparat: co by Paweł… a co by mama… a jakie to marnotrawstwo… I tak zagram, więc mogłabym chociaż popatrzeć spokojnie, jakie to naprawdę niesie wady, a jakie zalety. Może już po grze. He he.

A jakby ktoś mi powiedział: ,,słuchasz nudnej muzyki”, to nawet wtedy byłoby mi trudno, choć nie tak bardzo. Mimo e to nielogiczne.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ojeee

01 lis

Zaraz oszaleję. Jest 19, a ja do tej pory niczego twórczego czy pożytecznego, czy jednego i drugiego nie zrobiłam. To takie okropne. To okropne. To takie okropne. Wczoraj, o dziwo, mimo zaczynania się święta i trwania obcego Halloween, byłam na parkiecie. Ja byłam na parkiecie. Ja byłam… No właśnie tam. I tańczyłam, i piłam alkohol. Mieszałam alkohole, choć były tylko dwa rodzaje i trzy jednostki (że dwa szoty i jedno piwo). Bawiłam się super, ale potem nie mogłam zasnąć do 6 i spałam do 15. Tragedia.

A teraz siedzę tu, w nieziemskim bałaganie każdego niemal rodzaju. Za godzinę chcę iść na mszę.

Tak, a teraz co zrobię? Wciąż brak mi odwagi na odpisanie. Na razie może sprzątnę, cóż. Przynajmniej ubrania (grałam, nie sprzątałam, teraz już posprzątam ubrania). Dobra, wyjdę przed czasem grubo.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii