RSS
 

Archiwum - Maj, 2016

Szpinak

18 maj

Mam ogromną ochotę na szpinak z serkiem topionym i czosnkiem, i białym makaronem. Ale co począć, gdy w domu nie ma szpinaku? Ani serka topionego? Można by kupić, ale mi się nie chce tracić godziny na kupowanie, pichcenie i jedzenie, zwłaszcza że nie jestem głodna, tylko mam taki ot kaprys szpinakowy. Może jutro? Żadne jutro. Jutro od rana do nocy mam zajęcia.

Właśnie. Mam dużo zajęć, a jest 21:28, a ja nie mogę się połapać, co na jutro muszę mieć. Więc muszę sobie to zapisać tutaj.

Najpierw ATS. Co na ATS? Chyba będzie wejściówka z rozważania przemyskiego. Zatem powinnam poczytać notatki, gdy już je znajdę.

Na literaturę mam przeczytać ,,Wzlot” Iwaszkiewicza i przypomnieć sobie ,,Upadek” Camusa.

Na teorię literatury coś przeczytać, ale i tak nie wiem co, więc nie przeczytam, tylko schowam się z tyłu i będę liczyć na zawsze-aktywnych-na-teorii-lit.

A o 20 jest slam. I chcę wystąpić, bo mam ochotę i tak zrobię! To mogłabym zrobić pranie, żeby mieć ładne ciuchy. No i przygotować wierszydła.

Niby dużo rzeczy. I niby mało. Nic zobowiązującego tak nieziemsko, jak praktyki. Ale zacząć… Ech. I tak jutro będę wszystko doczytywać. Nie szykuje się stresujący czwartek, to miło. Jutro chyba pójdę w trampkach i w czarnej sukience. To zwiększy szanse na slamie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zwątpiłam w siebie.

11 maj

Całkowicie w siebie zwątpiłam. Albo prawie. Czuję się głupia i nieporadna, mniejsza od mojego lenistwa, słabsza od mojej ,,silnej woli”. Wszystko przez wszystko. Przez te lekcje w liceum. Minęły dwa dni (dwa!), kiedy to stałam przed klasą i zmagałam się z moją niewiedzą i z uczniowską chęcią do zajęcia głowy wszystkim, co nie jest nudnym słuchaniem Agnieszki. Zmagałam się z moją niewiarą w siebie i z moim brakiem umiejętności ułożenia dobrego planu, wypełnienia go wiedzą i czynnościami prowadzącymi do wiedzy własnej i innych. Zmagałam się dzień i noc, budząc się i zasypiając. Ostatnią moją myślą dnia było: ,,…koń twój… podnosi stopę jak tancerz”. Pierwszą myślą dnia było: ,,a żeś był, nieboszczyka imienia nabędziesz”.

I wszystko byłoby w porządku i ekstra, gdyby nie to, że JESZCZE DWA DNI.

Jak… jak? Jak ja mam to zrobić? To dla mnie Kosmos, niemożebność, tragedia i potop.

Zacznę od mini-planu własnego. Jest 15:38, a ja mam czas do końca dnia, ALE CÓŻ Z TEGO, skoro takie to poplątane jak Sam Chaos.

To za mało, panikuję! Panikuję, panikuję, to za mało czasu!!!

Ale i tak muszę tam jutro być. I tak… I JAK mam to zrobić?

Dobra, plan własny. Co jutro? Oh. Okazuje się, że wcale nie tak niebotycznie dużo. Ale dużo RÓŻNYCH rzeczy. Dobra, spokojnie, spokojnie. JAK MAM BYĆ SPOKOJNA, skoro… ech, szkoda słów. SKORO TAK ŹLE MI POSZEDŁ TEN BAROK DZISIAJ?!!!

Ale spokojnie. No to jutro mam dopiero na 6 godzinę, a wcześniej tylko terapię o 10. 6 godzina to która godzina? To 12:55. Czyli będę miała godzinę plus dojazdy. Godzinę GDZIEŚ, żeby tam powtórzyć, co będę gadać. Wstań trzeba mi dopiero o 9. To dobrze. O 9 – to dobrze.

Czyli dziś do jakiejś północy mogę robić RZECZY. Nawet do pierwszej. Czyli mam niby 9 godzin na robienie. To dużo, więc spokojnie.

Więc co mam zrobić?

Po pierwsze – przerobić kolejny utwór Naborowskiego – ,,Do Anny”. Sprawdzić, czy na pewno tam mogę znaleźć koncept. Ułożyć sobie, jak tam się realizuje motyw marności. Wymyślić ciekawszą lekcję na ten temat niż poprzednie. Wymyślić lub znaleźć dobre ćwiczenia. Pamiętać, żeby sprawdzić analizy i interpretacje, które były do domu. Omówić z uczniami martwe natury i ich symbolikę.

Po drugie – skończyć omawiać z uczniami styl Norwida i zrobić z nimi syntezę całego romantyzmu.

PIKUŚ, POWIADAM.

Nie wiem nawet, od czego zacząć, pogrążam się w rozpaczy, chaosie i kryzysie totalnym.

Dobra, zacznę chyba od ,,Do Anny”. Idzie o to, że wydaje mi się, że nigdy nie dojdę do mojego wymarzonego, idealnego poziomu i w ogóle nie zaczynam, pogrążona w żalu nad sobą i swoją nieporadnością wobec CUDU DOSKONAŁOŚCI, o którym marzę. A przecież doskonałości nie osiągnął nikt, nawet Krzyżanowski. Na pewno czegoś jednak nie wiedział, czegoś mimo wszystko nie umiał, gdzieś ograniczał go czas, gdzieś może nawet brak woli! Gdyby zaczął płakać i się mazgaić, to by nie napisał ani jednego mądrego słowa. Zatem trzeba mi po prostu zacząć. Wczytać się w tekst, zapisać wnioski, poszukać opracowań (nie bryków)…

I w ten sposób w dwie pełne godziny przygotowałam 45-minutową lekcję. Mam wszystkie notatki na jutro. Zostało mi siedem godzin, a teraz robię przerwę, więc będzie mniej. A czekające mnie zadania są o pięć nieb trudniejsze. Cieszę się, że z jednym sobie poradziłam, ale czuję wielki lęk przed kolejnymi. Cóż – przerwa na szybkie, pyszne żarcie!

Nie było pyszne. Było źle doprawione i za gęste, na przyszłość spróbuję to jakoś inaczej robić. Ale mimo to zjadłam więcej niż można sobie wyobrazić. Górę całą.

A teraz byłby czas na kolejny punkt programu. Na Norwida. Jest 18:33. Mam trochę ponad 6 godzin na WSZYSTKO. Chyba zacznę znów panikować. Albo nie. Albo tak, bo serio nie wiem nawet, jak zacząć. Już wiem. Zrobiłam zdjęcie, co do tej pory zrobiliśmy. Jestem przerażona tym, co zobaczyłam. Jak ja mam uczyć o cechach poezji Norwida, skoro ja Norwida nie kumam? Niby do tego nie trzeba kumania. Może oleję to i podyktuję po prostu punkty? Tak zrobię. W końcu tak napisałam nauczycielce, że tak zrobię. Teraz po prostu zbiorę w jeden plik te wszystkie cechy i wydrukuję, a jutro je podyktuję i zaczniemy nowy temat. Dobra, to otworzę nowy plik. Otworzyłam, popisałam, wysłałam nauczycielce. A teraz może przerwa na jakieś ćwiczenia plus muzyka. Albo rower (plus muzyka, którą ściągnę).

Niestety nici z roweru, bo mi buty przemokły deszczem, a innych nie mam, wszystkie zniszczyłam użytkowaniem niestosownym, pełnym błot. Zamiast tego grałam w Simsy i gimnastykowałam się przy ładnej poezji śpiewanej. I zobowiązuję się tu do codziennych ćwiczeń. Jak nie do tradycyjnej grupki, którą sobie zaprojektowałam, to do jakichś innych, przynajmniej ok. 20 minut. Inaczej obrosnę w tłuszcz. No i zobowiązuję się tu do unikania tłustych potraw. W razie ewentualnych namów mówię, że jestem na diecie przedletniej. Bo ostatnio przytyłam niemal 10 kilo! Jakieś nieporozumienie! Jak będzie po praktykach w LO, to może wykupię se karnet na basen też. Szkoda tylko, że na basenie są ludzie i to ludzie, którzy pływają szybko i trzeba się jakoś dostosowywać. Bardzo mnie to zniechęca. Ale poza tym basen jest dobry.

A co teraz? Teraz przydałoby się przygotowywać dalej. Niby ile godzin mi zostało? Niby tylko 4?!!! Teraz 17 minut mniej. Bo fejsbuk. Już prawie 22, bo fejsbuk. Czyli trzy godziny. I znów – od czego zacząć? Od otwarcia książki. Otworzyłam. A tam tekst rozdziału – streszczenie romantyzmu i pytania do romantyzmu. Może najpierw uwalę się i przeczytam ten tekst. Przeczytałam jakoś. Teraz widzę jasno – nie ma dla mnie nadziei.

Albo i jest. Ostatnia iskierka. Nie odpowiem na pytania z tyłu książki – nie ma szans. Moja nadzieja wygląda tak – przygotuję prezentację z romantyzmu posługując się podręcznikiem i leksykonem literatury. Albo też innym podręcznikiem. I będę gadać tekstami z tej książki. A może rano zadzwonię na terapię… nie, dziś chyba skończę to? Mam jeszcze dwie godziny. Bo pytań nie zrobię, nie ma szans. Za trudne dla mnie, nie umiem na nie odpowiedzieć tak, żeby być pewną prawdy. Na własnym egzaminie bym plotła aż do znudzenia, ale nie mogę pleść wobec uczniów.

Problem w tym, że jestem już bardzo senna. Ale spróbuję, co tam. Nie wiem, jak, od czego zacząć, co robić… to za trudne, ja nie chcę jutra.

NIBY skończyłam dzięki Magdalenie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bardzo zabawne

09 maj

Bardzo, bardzo śmieszne, krotochwilne, zalotne, urocze.

Niby JAK mam przygotować konspekt lekcji o nowatorstwie poezji Norwida, skoro moje wiadomości w tym zakresie bliskie są zera? Już się pogodziłam z tym, że nie będę tego badać samodzielnie, że, używając sformułowania mojego obecnego promotora, skorzystam z opracowań. Ale cóż z tego, skoro nadal nie mam pomysł…

Jak mogłam zmarnować ok. półtorej godziny na NIC? Na czytanie własnych wypocin z przeszłości przy jednoczesnym wyobrażaniu sobie, że czyta je ktoś, na czyim podziwie mi zależy. Ech, kiedy skończę w ten sposób marnować czas i emocje?

Ale nie tylko to było marnowanie. Gdyż wśród wypocin znalazły się też wypociny z czasu, gdy pisałam licencjat. A teraz przecież też mam obszerną pracę do wykonania!
Zrobiłam trzy konspekty lekcji o Norwidzie, ale teraz trzeba zrobić konspekty o baroku. Dobre jest to, że nie muszę JESZCZE wiedzieć wszystkiego. Słabe jest to, że zaraz będę musiała wiedzieć. No ale barok. Czuję się bezradna. Jest 00:39, a obiecałam, że ,,postaram się” tej nocy wysłać wszystko. Czyli jeszcze pięć konspektów. Dobre jest to, że te konspekty będą mi potrzebne też na egzamin.

Ale barok? Dobra, najpierw tytuł. Mam tytuł, cele i skopiowaną metodę. Ale co dalej? Jestem już senna i nic mi się nie chcę, poza tym czuję, że nauczycielce i tak się to nie spodoba. Zrobię herbatę. MAM HERBATĘ.  I nadal nie wiem co dalej. Trudno, lepiej nie będzie. No a teraz barok. Serio? Serio barok? Od czego niby zacząć? Może otworzę ten debilny podręcznik do liceum. Chociaż pachnie ładnie. Dobra, znalazłam rozdział o SĘPIE. Ale chce mi się spać i nic więcej, a TYLE JESZCZE. Mam pomysł. Pozmyślam coś, że niby wiem, co robię. A potem jakoś podomykam wszystko, jutro lub pojutrze, przed lekcjami. Przecież to proste, przecież tak naprawdę to ja to wszystko wiem, moja podświadomość trzyma niusy z liceum, ze studiów i z tego, co ostatnio się nazerkałam, tylko nie pozwalam jej tego uwolnić. Przy zmyślaniu powinna coś uwolnić. Oby wszystko, co potrzebne!

Wystarczyło się rozluźnić i już mam jedną długą lekcję zkonspektowaną. Teraz jeszcze dwie. Ale lenistwo sięga zenitu i senność przytłacza do dna. Dobra, bawimy się dalej, dalej udajemy, że wiemy wszystko. Przecież to bo prawda.

Brawo, Agnieszko. Masz lekcję 2. Teraz będzie lekcja 3. Bawimy się, bawimy. Pobawione. 2:05. Miałam iść o 2, a pójdę o 3 (mam nadzieję, że o 3 lub szybciej). A teraz konspekt lekcji o romantyzmie. SERIO? Teraz SERIO: SERIO? Nie. Tego dziś nie dam rady. Wyślę to, co mam i napiszę, że doślę konspekt o romantyzmie.

Poszło. Więc mogę iść spać, a jutro z rana dalej robić. Tak jest okej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii