RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2017

29 sty

Nie wprowadzam tradycyjnie tytułu, gdyż zasiadłam w BUW-ie. Dziś wyjątkowy dzień. Zasnęłam koło 3.30 = sukces. Wstałam po 10 (ale przedtem pobudka na trochę po 8) i pojechałam zaliczać ćwiczenia. Nie mogłam znaleźć sali z panią od ćwiczeń, więc spóźniłam się 10 minut. Dlatego musiałam czekać kolejną godzinę. I bardzo dobrze. Tylko dzięki temu nauczyłam się na pamięć kilkudziesięciu dat, nazw i nazwisk. Bez tego byłoby krucho, bo umiałam tylko inne rzeczy, a pani od ćwiczeń zależało głównie na tych datach i nazwach, i nazwiskach.

Potem poszłam do BUW-u. Po spaghetti uznałam, że zrobię plan działania i przejdę się po ogrodzie, bo do otwarcia biblioteki pozostała godzina. Znalazłam zamarznięty staw. Zbadałam trwałość lodu i ślizgałam się może 10 minut. Było przyjemnie, choć bez szału, gdyż cały czas ostatnio wisi nade mną przynajmniej jedna chmura deszczowa – czarna i zimna. I wtedy nadszedł ochroniarz. Powiedział: ,,nie wolno”. Powiedział: ,,a co by było, gdyby pani wpadła do wody?”. Zawstydziłam się i odpowiedziałam coś niby zabawnego i bezczelnego. Byłam tak bardzo zawstydzona. Tak strasznie zawstydzona. Powiedział, że zobaczyli mnie na kamerze. Tak bardzo zawstydzona. Odeszłam stamtąd. Gdy wchodziłam do biblioteki, inny ochroniarz rzekł w przestrzeń: ,,Komuś było życie niemiłe?” I wszystko byłoby w porządku, wszystko byłoby umiarkowanie fantastycznie, gdyby nie ona – młoda, nowa ochroniarka, która zaczęła się głośno śmiać. Jej śmiech gonił mnie, gdy powoli wspinałam się na schody prowadzące do krainy bezrobocia i wiedzy. Mężczyźni niech sobie robią ze mnie żarty aż do bezmiaru moich klęsk, ale nie młode kobiety! Nie one! Głupio mi tylko, że zrobiłam im kłopot.

A teraz siedzę tu i marznę, bo kurka ktoś tu nie pomyślał o ogrzewaniu. Długo tak nie pociągnę. Trzeba teraz realizować plan, który przygotowałam sobie przed akcją z lodem. Czyli chcę prędko opracować (jak ja tego dokonam, gdy tego tak dużo?) przynajmniej 11 punktów z listy na egzamin. Łącznie ich jest chyba 33. Więc dziś 11 chociaż, choć może się uda więcej, jeśli tempo będzie odpowiednie, czyli trochę szalone, jak w noc przed egzaminem. Ale w tym roku nie mogę sobie na to pozwolić, bo muszę jeszcze być zdrowa i gotowa na korki z nową dziewczyną i na kolejne egzaminy, i na naukę do nich. Dobra, otworzę wszystko, co jest mi potrzebne. Otworzyłam i robię te punkty, choć jeden z nich zajmuje mi już mnóstwo czasu, a inny zajmie prawdopodobnie dużo więcej. Pięknie. Ale dobrze i tak, że robię to teraz, a nie za dwa dni w nocy!

Jest mi ciepło i dobrze. Piszę nadal. Ale jestem przerażona, bo opracowuję (czyli korzystam z czyjegoś opracowania) dopiero drugi punkt. Ja nie wiem, jak to ma być z 11 punktami dziś. Ja się poddaję. Nie wiem, co mam robić. I jeszcze mój egzaminator ponoć chyba lubi oryginalne utwory obowiązkowych twórców. Super. Co zrobię? Zrobię to dalej i poszukam z jednego mniej znanego wiersza.

O, 3.02, w godzinach 10.00-13.00, będzie na wydziale profesor Potkański. Muszę się do niego wybrać wtedy lub może wcześniej, jeśli mi się uda, lub może napisać maila, jeśli się odważę, żeby spytać, czy przeegzaminuje mnie 10.02. Wtedy bym miała to za sobą i nie musiała już się szykować na sesję poprawkową – tyle by wygrać!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Historia się powtarza i będzie się powtarzać aż do zmiany z zewnątrz typu śmierć, cud, konieczność, wpływ akceptującego człowieka lub sytuacja zwana życiowym doświadczeniem pielęgnującym dojrzałość, bo moje prywatne boje są nieskuteczne.

17 sty

Jest noc poniedziałek-wtorek. Jest 1.36. Mam kilka godzin, żeby streścić kilkadziesiąt stron. Ostatnio się udało ostatecznie, ale skończyłam dopiero koło 19 następnego dnia, po może dwóch godzinach snu. Mam silną ochotę się poddać. Nie mam sił psychicznych, czuję się chora i słaba. Naprawdę nie umiem zacząć. Kurczę. I co ja zrobię? Bez woli, co ja zrobię? Co ja zrobię?

Może zrobię jakoś głupio i naokoło. Wiem. Zrobię głupio i naokoło. Jedną stronę będę czytać kurczę przez max. 3 minuty i potem brzydko spiszę ewentualnie coś, ewentualnie nic. Serio? Serio. A jak zrobię się mocno senna, po prostu się położę, wstanę i zrobię jutro. Olać, że jutro i że to oznacza, że pewnie promotor mnie zje.

Dobra, ja wymiękłam do reszty. 2:31, nie zaczęłam nawet. Jutro wstanę powiedzmy o tej 11 i będę dłubać cały dzień, pojadę do BUW-u albo zostanę w domu i będę dłubać. Tak. Na pewno. A jeśli nie, to nic, to po prostu porażka, bywa i tak, że się ponosi życiową porażkę. Zaraz ostatnia sesja w życiu czy tam przedostatnia, kurczę, zapomniałam o letniej. A potem kurczę ŻYCIE. Super. JUTRO spróbuję metody: trzy minuty, nie więcej, i streszczanie. Nie dziś.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dobra. Tak to już jest i prawdopodobnie już będzie, choć kto wie, czy nie polubię dobrej zmiany?

10 sty

Tak to jest: 2:37. Mam 4 godziny, żeby streścić 26 stron. Dla mnie bomba. Dla mnie zadanie wręcz niewykonalne. Potem mam jeszcze trzy godziny na przypisy i poprawki. Musiało do tego dojść, żebym ruszyła mózg, mniejsza o przyczyny tego żałosnego stanu rzeczy, w którym ,,motywacja wewnętrzna” z jakiegoś powodu śpi. Może śpi tak we wszystkich dziedzinach mojego życia, bo za bardzo boję się kary za porażkę. Wcale nie nielogiczne.

Ale stop, stop!

Co chcę zrobić? Pracować bez ustanku, bo to już ostatni sprint! Zatem teraz zbuduję w sobie możliwie najbardziej atrakcyjne wizje dotyczące przyszłości. Bez tej klawiatury i bez długopisu ja bym nie przetrwała nawet odrobinę. Umarłabym. Wizja przyszłości: dziś w nocy napiszę pracę i zasnę, jutro wstanę i posprzątam, radośnie słuchając muzyki, pośpiewując może, jeśli nikogo w domu. Potem albo spotkam się w tym domu z jedną osobą i będziemy sobie wspólnie świętować mój sukces – wysłanie pracy – albo z drugą osobą – z nią to samo, albo z trzecią osobą – z nią także. Albo – jeśli żaden człowiek nie będzie wolny i chętny – obejrzę sobie jakiś ładny film, zadowolona, spokojna, bez myśli, które powodują niepokój, w tym bez myśli o terminie odesłania pracy.

Teraz zaczynają się te cztery godziny na streszczenie 26 stron. Byle jak, szybko, prędko, bez refleksji. Tylko 4 godziny! Tyle chyba mogę się postarać!

Kurczę! Niechcący już teraz prawie całkowicie posprzątałam w pokoju. Chyba jeszcze nigdy nie wydało mi się to tak łatwe i przyjemne. Pozostały trzy godziny i 43 minuty. Dobra, już, już, już! Dobra, trzeba teraz kurczę działać sprytnie, skoro to sytuacja ,,nóż na gardle”. Jak? Jak streszczę do końca rozdział – a zostało naprawdę mało – to obejrzę sobie jeden-dwa filmiki na youtube. Jakieś ładne piosenki z koncertów, piosenki śliczne, aktorskie, poetyckie, dźwięczne, musicalowe może. Całe dwa filmiki! Ale to trzeba najpierw co? Najpierw przelecieć do końca ten rozdział. Dobra, mam ten fragmencik JAKOŚ. Oczywiście mam pełne przekonanie o totalnej klęsce w tym, co ja wyciągnęłam z tego rozdziału. Już nawet nie czuję, czy poprawnie piszę. Jest 4:23. Jakie to kretyńsko typowe. Ale to nie szkodzi. Zaraz coś zjem, posłucham piosenek MIMO WSZYSTKO, a potem pozostałe strony. Ile ich? 22. Będę pędzić przez nie. Ale tęsknię do jakiegoś ładu, który by tak wyglądał: nie mam zmartwień związanych z życiem, piszę po nocach arcydzieła, ale kończę przed 2:00 i się wysypiam. Ale co mi po takim życiu? Samotność i trwoga przetykane zachwytami jak złotą nicią.

O, 4:52, czyli na te 22 strony, bez przerw być może, mam zaledwo dwie godziny. Uda się. Przelecę szybko, zanotuję, co ważne i tyle mnie widziano.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Stało się

08 sty

Stało się. Stało się to, co stać się MUSIAŁO. Musiało, do jasnej anielki. Jest końcówka niedzieli. Powinnam teraz, a najpóźniej we wtorek o 15, wysyłać skończony rozdział. Jestem ostro przeziębiona. Siedzę, a jakbym płynęła w orszaku późno-jesiennych liści, na ciepłym, ale niepokojącym powiewie. Zimno mi jednak. Założę drugą parę skarpet.

Jedyną moją cholerną szansą na przetrwanie jest zaczęcie nareszcie pracy. Nie otworzę – o nie – dotychczasowego mojego dorobku. Otworzę nowy plik w Wordzie i tam napiszę kolejny podrozdział. Mam kurka nowy plik. Czego mi jeszcze kurka trzeba? Wiadomo – zacząć kurka notować. Mimo kurka powiewu niepokojącego i chłodnego ostatecznie, mimo gór i dolin wykorzystanych chust papierowych, nad którymi unoszę się ja – z nosem jak sygnalizacja świetlna, ale gdy mówi ,,stop!”.

Dobra, dziś chcę mieć trzy kurka strony. Optymistycznie zakładam, ze jutro to samo, a wiadomo, jak to u mnie działa – jak napiszę już jedne trzy strony, to okupię to takim nieznośnym wysiłkiem, że będę musiała wypoczywać kolejny miesiąc. Od razu albo wcale mogę to napisać. Ale minimum na dziś to i tak trzy strony. A jak zmniejszyć ten kretyńsko natężony wysiłek, żeby zachować siły na jutro?

Może tak – będę pisać kompletnie na odwal się, a potem poprawiać. Skłania może sobie leżeć, kurka, BYLE BYŁO. Mogą być powtórzenia, BYLE BYŁO. Tak? Tak. Dobra. A jak czegoś nie będę rozumieć i nie będę umiała długo zrozumieć, to OLEWAM I IDĘ DALEJ. Najwyżej pominę jeden mały aspekt, ale nadal omówię wiele innych! Streszczę wiele innych.

Okej, tak przygotowana, PRÓBUJĘ ZACZĄĆ. Kurczę, kurczę!!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Aha

02 sty

Właśnie sobie zdałam sprawę z tego, że czeka mnie mnóstwo pracy w tym tygodniu. Fantastycznie. Jeszcze nie zaczęłam kończyć rozdziału. Od jutra chcę zamieszkać w BUW-ie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii