RSS
 

Archiwum - Luty, 2017

Bagno

28 lut

Budzę się kolejny raz i kolejny raz myślę: ,,może to dziś stanie się cud i moje problemy znikną”. To myślenie tak mylne i nieproduktywne, że głowa mała. Ale budzę się, chwilę cieszę się, że słońce, a potem TRACH i zwalają się te wszystkie sprawy, których nie mogę rozpracować myśleniem, a które męczą mnie jak gryzące robactwo. Nie mogę ich też rozwiązać działaniem ani rozmową. Ale może za mało próbuję. Nie jeden raz i nie dwa słyszałam, że za dużo myślę, a za mało robię. Bardzo to wkurzające, ale może kiedyś coś z tego wyniosę dobrego.

Teraz jestem jak sparaliżowana. A niedługo mam wyjść. A mam ochotę rzucić to wszystko i zrobić minimum minimum, a potem płakać, że za dużo naraz. Nie mogę się zebrać do działania, gdy nie ma bezpośredniego przymusu. Udaję, że wcale się nie pali wszystko wokół, dopóki nie poczuję płomieni. He, he.

Mam ochotę rzucić to wszystko i wyjechać nad morze. A nad morzem nie byłabym wcale sama – o nie! Byłoby o tak nad morzem: mieszkałabym sama w małej chatce blisko brzegu. To poza sezonem, więc ludzi jak na lekarstwo, szczególnie że ogólnie byłoby to odludne miejsce. W innej chatce w sporej odległości od mojej, gdy iść brzegiem morza, mieszkałby nauczyciel, któremu bym płaciła. On by ze mną siedział godzinami i mi pokazywał palcem odkąd dokąd mam wszystko zrobić. Zajmowałabym się nauką i jakąś pracą związaną z pisaniem. A on by mnie motywował, ale nie jako jakaś bliska osoba, ale jako opłacony pracownik.

Co wynika z tego krótkiego powyższego marzenia, które – jak nigdy chyba – aż tak skupia się na pieniądzach? To wynika, że trenerzy osobiści mają czego szukać na rynku. Jestem jedną z wielu żałosnych postaci, które nie potrafią znaleźć siły woli i motywacji do jakiegokolwiek działania. Dlaczego tak jest? W moim przypadku dlatego, że mnie nieustannie podgryzają problemy, że się boję panicznie krytyki i braku akceptacji i że nienawidzę dyscypliny, choćby to była samodyscyplina. Znerwicowana, niespokojna, przerażona. Co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej?

Co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej? Nie wiem. Ledwo się na moment odprężam, uspokajam, już przychodzą problemy, z których każde wyjście jest fatalne, a których nie umiem zignorować. Nie ma chyba wyjścia poza samym życiem i czekaniem na te przymusy, które mnie same popchną do działań. Nie umiem sama zacząć, bo problemy. Mam wrażenie, że tak już zdzidziałam, tak się rozleniwiłam, że każdą pracę będę traktować jak gwałt sobie zadany. Ale może się przyzwyczaję, jest taka nadzieja. Po prostu nie ucieknę przed ucieczkami i szukaniem nieświadomym sposobów na przedłużanie bezczynności.

Dobra, nie po to tu weszłam. Ogólnie nie mam dużo do zrobienia, ale i te kilka drobiazgów zdają się nie do przejścia. Strach mnie przytłacza przed najmniejszym działaniem. Jakieś wewnętrzne przymusy szarpią mną bez mojej woli. Jestem ogromną marudą, a i tak pisanie tu o tym jest jakimś postępem wobec nicnierobienia. Mam wrażenie, że gdy oddam się pracy, człowiekowi, odprężeniu, problemy mnie tymczasem zjedzą, strawią i wydalą jako innego człowieka, którego nie poznam.

Ale widzę nareszcie – znowu – brak logiki. Przecież mnie nie zjedzą. Skoro nie wiem, jak je rozwiązać, mogę je na moment zostawić same. Okej. Skoro już to wiem, to napiszę tu o tych kilku czynnościach, które zdążę wykonać przed wyjściem z domu, choć najchętniej bym z tego domu nie wychodziła. Ale zobowiązałam się już, nie mogę tu zostać. Jak to niedobrze! Chciałabym zwinąć się w kulkę pod kołdrą i kocem, ale tam też będę ze sobą i też będzie tak strasznie. Zatem to też brak logiki, żeby szukać ucieczki w łóżku.

Teraz została mi ponad godzina do wyjścia. PORZUCAM na razie problemy. O – zapiszę je w pamiętniku, to ponoć dobry sposób. Choćby kilku słowami. Zapisałam. To co teraz? Teraz nie wiem. Chciałabym się gdzieś schować i tyle… Dobra, zrobiłam jedną rzecz i cała się spociłam. A nawet nie wstałam od komputera. Po prostu napisałam do pani profesor, choć od tego nie zależy nic związanego z być-albo-nie być na uczelni. To może z rozpędu napiszę do dwóch innych pań profesor. Napisałam. Zajęło mi to tradycyjnie pewnie mniej niż trzy minuty, a jeszcze się nie nauczyłam, żeby robić takie rzeczy bez lęku.

Teraz zrobię kolejne rzeczy, tym razem wymagające wstania od komputera. Najpierw może co? Może nie wiem. Kurczę. Boję się nadal i nie umiem przestać. Dlaczego tak jest? Czemu ciągle się boję? Dobra, mimo wszystko po prostu pozałatwiam inne sprawy i tyle. Ale, pisząc tu, czuję się, jakbym trzymała za rękę kogoś bliskiego. I teraz mam ją puścić i iść w straszny świat. Coraz bardziej się boję tych momentów. Przy rozstaniach z bliskimi, przyjaciółkami i znajomymi odczuwam silny strach. Teraz nawet przy pisaniu na blogu. Ale zrobię to. Zrobię to. Zrobię to. Idę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kurka pieczona na głębokim tłuszczu

23 lut

To piękne, że mogę sobie tu wymyślać tytuły, jakie mi się podobają i wrzucać w sieć. Fantastyczne.

Jestem niedojrzałą, niepoprawną, niedorosłą psychicznie czy emocjonalnie, sproblemowaną, niespokojną osobą. Być może nikt nie będzie w stanie wytrzymać długo z kimś takim, zwłaszcza że część ludzi z miejsca sama odrzucam. A powodem jest: patrz wyżej. Nawet nie oni sami. W końcu jak się kimś interesuję, to dlatego, że mnie zainteresował wieloma rzeczami i mnie nimi pociągnął.

Kurka pieczona. Taki mały wstęp dla częściowego choćby rozładowania napięcia. I tak to napięcie pozostanie, bo znów męczy nie jakaś sprawka. Ale postanawiam coś robić – wyjątkowo – mimo tego napięcia i mimo braku bardzo bezpośrednich zagrożeń.

Zatem: nauka. Egzaminy. Magisterka. Praca. Wspaniale.

Dobra: co trzeba:

* jutro poprosić o dopisanie żetonów w dziekanacie,

* poszukać oguna dla siebie,

* ogarnąć przywrócenie pierwszego terminu z językoznawstwa lub od razu umówić się na drugi,

* ogarnąć inne terminy egzaminów i zaliczenia.

To pierwsze, najważniejsze rzeczy. A dopiero po nich, po sesji – zajmę się pisaniem kolejnego rozdziału magisterki. Czyli na razie ten tydzień nie będzie w ogóle związany z moją drogą magisterką, chyba że w przerwach (buachacha!). Teraz intensywna nauka do egzaminów i zaliczenia. Jest czas. Jest moc. Jeszcze tydzień został. Trzeba wszystkiego się nauczyć. Jutro co zrobię? Jutro zrobię to: polecę po te żetony, a potem będę miała ile czasu? Będę miała potem prawdopodobnie ok. trzy godziny, żeby czegoś już się uczyć, robiąc kurka notatki. Może tego @#%#@&%& językoznawstwa. Jak ja mogę tak o tym myśleć? Przecież naprawdę uwielbiam język polski. Po prostu część rzeczy w języku polskim jest naprawdę trudna. A językoznawstwo dotyczy nie tylko języka polskiego, na dodatek. To może jutro spróbuję choć notatki językoznawcze doczytać do końca, sprawdzając terminy nieznane. Będę na terenie uniweru, więc będę mogła co robić? Korzystać z innych książek, które może coś rozjaśnią. Planuję być obkuta. Okej, napracowałam się. Teraz przerwa. Haha! Teraz śmiech, jutro płacz, a to heca! Przerwa, a potem może skubnę już tego językoznawstwa albo może choć coś z literatury.’

A praca? Praca. Pracy chcę poszukać. Kiedy? Jak oddam kolejny rozdział? Nie. Tuż po sesji. Będę miała wówczas, jeśli wszystko dobrze pójdzie, of course, tylko właściwie seminarium, oguny (tym razem jak najprostsze i jak najmniej wymagające) i to tyle, bo obok tego jeden nieobowiązkowy wykład z prowadzącą, do której mam słabość, bo jest taka nieogarnięta i miła, i nieśmiała, i śmiała, i w ogóle cudowna. Zatem reszta dni wolnych jak ptaki, a nie wierzę, że w tym czasie będę tylko pisać magisterkę albo szukać inspirujących zajęć. W tym czasie bym prawdopodobnie na zmianę spała, bawiła się i płakała.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii