RSS
 

Archiwum - Marzec, 2017

25 mar

Nie wpiszę tytułu, bo ludzie źle siedzą w BUW-ie i wszystko widzą. Ale są cisi i jest ich dość mało, co jest cudowną informacją. Zatem zaczynam pisanie, bez zbędnego gadania. Otwieram plik w edytorze tekstu. O, jest nawet ukochany Word. Otwarty. Teraz wyciągam książki i otwieram tę, od której chcę zacząć notowanie. Otwarta. No to zaczynam pracę z tą książką i nie spocznę, póki nie skończę, zwłaszcza że mam tylko trochę ponad 13 krótkich stron tu do przeczytania. Po prostu zacznę notować, a potem zobaczę, co z tego wyjdzie. Amen. Start.

Wynotowałam wszystko, co chciałam stamtąd, a potem poszłam na duży, dobry obiad w promocyjnej, studenckiej cenie. Czasu, kurczę, coraz mniej. Teraz mogłabym ponotować z innej książki, ale nie wiem, z, kurczę, której. Może wezmę taką, z której już coś tam wynotowałam. Tylko pozmieniam trochę, żeby było ładniej. Boję się, bo czasu coraz mniej. Trudne zadanie. Ale zrobię tak: otworzę tę książkę. Otwarta. Otworzę zrobione już notatki, krótkie i brzydkie. Otwarte. To teraz powinno pójść bardzo szybko. Może zrobię tak, że, kurka, dam sobie na to jakiś zabawnie mały czas. Na przykład 20 minut. To musi starczyć całkowicie! Dobra, to czas do 15:07. Start. Start. Nie ma szans, nie zdążę. Ale to się wlecze żałośnie, a myślałam, że dam radę. Po drodze tyle trudności nawet nie jakichś potężnych, ale zatrzymujących jednak. I jak ja to zrobię, jak? Dobra, po prostu robię, aż zrobię. Zobaczymy, ile mi to czasu zajmie.

Ciągle jeszcze nie skończyłam, a minęło już ponad półtorej godziny. Mam jakiś okropny zastój i nie mogę się ruszyć. Głowa mi się zablokowała. Co robić? Może po prostu szybko skończę i pójdę na kawkę albo na czekoladkę. Chyba na kawkę. Nie mogę się zdecydować. A potem wrócę. Dobra, to tempo – ekspres. Nie mogę dać plamy, bo zrobiłam sama sobie takie wyzwanie na facebooku i chcę mu choć w połowie sprostać!

Od wielu minut czy może godzin zamiast pisać zadręczałam się sprawami, których i tak nie rozwiążę tu i teraz i jeszcze wciągnęłam w to mojego chłopaka. Życie wydało mi się w tej chwili zbyt trudne, żeby je w jakikolwiek sposób udźwignąć i wstydzę się tego, co zrobiłam. Teraz wszystkie moje zmartwienia wydają mi się raz głupie, a raz znów przychodzi mi na myśl kolejne zmartwienie i przestaję myśleć, a zaczynam panikować. Już stosunkowo długo utrzymywałam się na powierzchni, a teraz znów nierozwiązane problemy mnie przytłoczyły, a być może uznałabym je za głupie w innej chwili. Może to naprawdę nałóg i wymówka, gdy zawiodły wszystkie inne wymówki. Jak długo byłam na powierzchni – może półtorej doby. A teraz zostały niecałe dwie godziny do zamknięcia BUW-u, mam ochotę uciec gdzieś i płakać. Wstydzę się swojego zachowania i boję się przyjąć perspektywę mojego chłopaka, choć nie wierzę, by akurat tu miał rację, ale zaraz potem przypominam sobie jakieś teorie na temat odpowiedzialności mężczyzny za los rodziny i zaczynam wątpić. Nie wpisuję się chyba w żadne idealne ramy i boję się, że przez to skrzywdzę kogoś albo kilka osób. Przypominam też sobie, że i on ma prawo czuć nieracjonalne nawet rzeczy.

Trochę się wypisałam. Wstyd mnie po prostu rozrywa. I strach, że jak nadal taka będę, to albo mnie zostawi, albo – co wydaje mi się dużo gorsze – stanie się nieszczery, zamknięty w sobie, zdezorientowany, niechętny do spotkań lub oschły. Nie czuję współczucia, może czułabym je, gdyby nie ten okropny strach. Szkoda, że nie ma żadnych prostych, szybkich i pozbawionych cierpienia źródeł mądrości. Jakby takie źródło gdzieś było, to bardzo bym chciała do niego dotrzeć. Panicznie boję się – już nie pamiętam czego. Może odpuszczę. Może odpuszczę sobie teraz rozmyślanie. Nie mogę pogodzić się z tym, że czeka mnie jeszcze tyle trudów.  Chciałabym umieć się z tym pogodzić, to by sporo ułatwiło. Gdybym chociaż wiedziała, że na końcu musi czekać mnie coś dobrego. Ale nawet tego nie wiem.

Dobrze, popisałam sobie i ciągle nie odpuściłam nadziei, że gdzieś w końcu dotrę do źródeł mądrości i uspokoję się. I moje uczucia będą jak spokojna tafla jeziora nawet w najtrudniejszych chwilach. Albo i będą emocje, ale bez tego ciągłego lęku. Może inaczej naprawdę się nie da?

Może się nie da. Zostało bardzo już mało czasu. Jutro zamknięty BUW przed 15. Czyli teraz przez godzinę i 10 minut ponotuję prędko, a potem wypożyczę inne książki, a oddam te, których już nie potrzebuję. Tak właśnie zrobię, cóż. Będzie jeszcze dobrze. Trochę już jest.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Deszcz, tragedia, smutek i zadręczanie

18 mar

Lodówka nasza jest zepsuta. Poza tym męczą mnie tak niesamowite rzeczy, że nie umiem nawet stwierdzić, które nadają się do tego, żeby o nich pomyśleć i jakoś je zmóc. Można się wykończyć. Jak Wy, ludzie, żyjecie mimo codziennych potencjalnych zmartwień, które przytłaczają, mimo że dla obserwatora z boku mogą się wydać pierzem łabędzim?

Może mało kto umie żyć i po prostu żyjemy wszyscy, jak umiemy. Mamy te nasze mózgi, te nasze oczy, które widzą – na cóż nam to! – przeszłość i przyszłość, a nawet starają się dociec sekretów wieczności. I mamy tych fantastycznych couchów albo terapeutów, którzy pomagają nam poskładać się w całość. Ale kto może naprawdę czuć się całością dziś w Warszawie? Nawet ja – wielki leń – czuję wokół pęd, a w sobie niepokój. I zaraz będzie trzeba ruszać w życie z bezpiecznej cieplarni BUW-u.

A teraz siedzę w bezpiecznym jeszcze mieszkaniu, za które sama nie płacę. Mam 24 lata i żyję na koszt mamy i taty. Jeszcze chronią mnie studia przed ostateczną społeczną nagonką. Dobrze, że jesteśmy społeczeństwem i że ustalamy granice sprawiedliwości, choć z grubsza. Dobrze, że jednak mamy w sobie kompasy na ogół i że nie mordujemy, jeśli nie zajmujemy się polityką. Współczuję politykom. Muszą znosić wielkie naciski i noszą na sobie odpowiedzialność i oczy całego kraju i świata. Biedni ludzie. Szkoda, że nie są lepsi od reszty. Chyba bardzo tego chciałam, a teraz widzę, jakie to było bezsensowne. Może stąd to uwielbienie dla królów dawno temu. Choć i teraz, gdy z powodów zewnętrznych zainteresowałam się minimalnie tym dziwacznym światem, który rządzi pieniędzmi i sposobem życia ludzi, szukam wśród nich kogoś godnego podziwu.

Nigdy bym nie pomyślała, że będę słuchać o gospodarce z własnej woli. Dobrze, że mam siebie i że wszystko sobie uroczo układam według swoich upodobań, czyli że drążę temat na sposób idealistyczno-marzycielsko-łączący-wielość-w-jedność.

Ale po co tu weszłam? To chyba jasne. Znów mam na gardle nożysko. Ale jeszcze jedna myśl – chyba jedyne, co może ocalić każdego z osobna to relacje, które zakładają totalną (na miarę możliwości niestety) akceptację siebie i drugiej strony, która jest punktem wyjścia do maksymalnych starań dla siebie nawzajem. Poza tym – kontynuuję moją słodką receptę – a może przede wszystkim – dobrze by było odwołać się do Boga jako do Absolutnego Dobra i Osoby, która kocha i jest sprawiedliwa i wierzyć w Niego. Ale to by nie musiało oznaczać wcale szczęścia chyba. Ale może oznaczałoby jakąś całość. Dawno, dawno, dawno nie pokusiłam się o tak daleko idącą TEORIĘ i dawno, dawno chyba nie byłam dalej od wprowadzenia jej w życie. Choć ogólnie czuję się lepiej niż kiedyś, może dzięki fantastycznym terapeutom, couchom, Warszawie…

Boję się bardzo kolejnej nocy i kolejnego świtu. Przez zmartwienia nie umiem działać i przyzwyczajam się do tego, i jeszcze bardziej nie umiem działać. A jednocześnie koniec studiów, a jednocześnie – o kurki! – chcę już w końcu mieć pracę. Boję się. Bardzo się boję. Boję się zacząć pisać ten rozdział. Nie zacznę, nie ma mowy. Zrobię o tak: nie zacznę. Weszłam tu, żeby zacząć, ale nie zacznę. Nie ma takiej opcji. Wiem, co zrobię. Zrobię o tak: nie zacznę, posprzątam w pokoju i w domu (jestem teraz tym typowym studentem piszącym magisterkę), a potem pojadę do domu mojego chłopaka – nie bójmy się tego słowa. A w drodze zacznę czytać i podkreślać w książce, i pisać na marginesach notatki. U niego wszystko przepiszę na komputer. A teraz nie zacznę – nie ma mowy! A jak zacznę – to radość i pieśń. A teraz nagle zaczął mi się nastrój jakiś deszczowy i spokojny, choć od razu szturm wielu lęków. Ale obok porządków, na które coraz mniej czasu, jeszcze może się pomodlę i może upiekę babeczki. Tyle mogę teraz zrobić w stronę gotowej magisterki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii