RSS
 

Deszcz, tragedia, smutek i zadręczanie

18 mar

Lodówka nasza jest zepsuta. Poza tym męczą mnie tak niesamowite rzeczy, że nie umiem nawet stwierdzić, które nadają się do tego, żeby o nich pomyśleć i jakoś je zmóc. Można się wykończyć. Jak Wy, ludzie, żyjecie mimo codziennych potencjalnych zmartwień, które przytłaczają, mimo że dla obserwatora z boku mogą się wydać pierzem łabędzim?

Może mało kto umie żyć i po prostu żyjemy wszyscy, jak umiemy. Mamy te nasze mózgi, te nasze oczy, które widzą – na cóż nam to! – przeszłość i przyszłość, a nawet starają się dociec sekretów wieczności. I mamy tych fantastycznych couchów albo terapeutów, którzy pomagają nam poskładać się w całość. Ale kto może naprawdę czuć się całością dziś w Warszawie? Nawet ja – wielki leń – czuję wokół pęd, a w sobie niepokój. I zaraz będzie trzeba ruszać w życie z bezpiecznej cieplarni BUW-u.

A teraz siedzę w bezpiecznym jeszcze mieszkaniu, za które sama nie płacę. Mam 24 lata i żyję na koszt mamy i taty. Jeszcze chronią mnie studia przed ostateczną społeczną nagonką. Dobrze, że jesteśmy społeczeństwem i że ustalamy granice sprawiedliwości, choć z grubsza. Dobrze, że jednak mamy w sobie kompasy na ogół i że nie mordujemy, jeśli nie zajmujemy się polityką. Współczuję politykom. Muszą znosić wielkie naciski i noszą na sobie odpowiedzialność i oczy całego kraju i świata. Biedni ludzie. Szkoda, że nie są lepsi od reszty. Chyba bardzo tego chciałam, a teraz widzę, jakie to było bezsensowne. Może stąd to uwielbienie dla królów dawno temu. Choć i teraz, gdy z powodów zewnętrznych zainteresowałam się minimalnie tym dziwacznym światem, który rządzi pieniędzmi i sposobem życia ludzi, szukam wśród nich kogoś godnego podziwu.

Nigdy bym nie pomyślała, że będę słuchać o gospodarce z własnej woli. Dobrze, że mam siebie i że wszystko sobie uroczo układam według swoich upodobań, czyli że drążę temat na sposób idealistyczno-marzycielsko-łączący-wielość-w-jedność.

Ale po co tu weszłam? To chyba jasne. Znów mam na gardle nożysko. Ale jeszcze jedna myśl – chyba jedyne, co może ocalić każdego z osobna to relacje, które zakładają totalną (na miarę możliwości niestety) akceptację siebie i drugiej strony, która jest punktem wyjścia do maksymalnych starań dla siebie nawzajem. Poza tym – kontynuuję moją słodką receptę – a może przede wszystkim – dobrze by było odwołać się do Boga jako do Absolutnego Dobra i Osoby, która kocha i jest sprawiedliwa i wierzyć w Niego. Ale to by nie musiało oznaczać wcale szczęścia chyba. Ale może oznaczałoby jakąś całość. Dawno, dawno, dawno nie pokusiłam się o tak daleko idącą TEORIĘ i dawno, dawno chyba nie byłam dalej od wprowadzenia jej w życie. Choć ogólnie czuję się lepiej niż kiedyś, może dzięki fantastycznym terapeutom, couchom, Warszawie…

Boję się bardzo kolejnej nocy i kolejnego świtu. Przez zmartwienia nie umiem działać i przyzwyczajam się do tego, i jeszcze bardziej nie umiem działać. A jednocześnie koniec studiów, a jednocześnie – o kurki! – chcę już w końcu mieć pracę. Boję się. Bardzo się boję. Boję się zacząć pisać ten rozdział. Nie zacznę, nie ma mowy. Zrobię o tak: nie zacznę. Weszłam tu, żeby zacząć, ale nie zacznę. Nie ma takiej opcji. Wiem, co zrobię. Zrobię o tak: nie zacznę, posprzątam w pokoju i w domu (jestem teraz tym typowym studentem piszącym magisterkę), a potem pojadę do domu mojego chłopaka – nie bójmy się tego słowa. A w drodze zacznę czytać i podkreślać w książce, i pisać na marginesach notatki. U niego wszystko przepiszę na komputer. A teraz nie zacznę – nie ma mowy! A jak zacznę – to radość i pieśń. A teraz nagle zaczął mi się nastrój jakiś deszczowy i spokojny, choć od razu szturm wielu lęków. Ale obok porządków, na które coraz mniej czasu, jeszcze może się pomodlę i może upiekę babeczki. Tyle mogę teraz zrobić w stronę gotowej magisterki.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz