RSS
 

I’m back

18 cze

Zaczęłam tytułem niczym ojciec Szustak ostatnio na youtubie. W sumie to tu poopowiadam, co ostatnio się zmieniło, a zmieniło się co niemiara. A potem przejdę do tego, co się nie zmieniło.

Co się zmieniło? Przepracowałam w ostatnim czasie najwięcej godzin w życiu. Poza tym co jakiś czas opiekowałam się synkiem koleżanki i coraz mniej boję się z nim zostawać. Na początku bałam się nawet iść do łazienki, żeby sobie czegoś w tym czasie nie zrobił, a przecież chłopak ma już ponad cztery lata, więc dziś, gdy usłyszałam z łazienki nagły trzask, nawet się nie przejęłam i spokojnie umyłam ręce. Oby nie przesadzić w drugą stronę.

Pracuję w budzie ze starymi gazetami i nowymi książkami i filmami. Wychodzi około 3/4 etatu. Jestem tam już ponad dwa miesiące, ale wkrótce odchodzę, bo nie wytrzymuję nerwowo z szefem, poza tym mam w lato wyjazdy, nie mam umowy i mało mi tam płacą (8 PLN na rękę). Szef jest człowiekiem nerwowym i gdy popełnię jakiś błąd (a popełniam, zwłaszcza na początku parę razy coś mi się pomyliło), a nawet gdy go nie popełnię (na przykład powiem, że potrzebuję chwilki na decyzję), robi się bardzo zły, złośliwy, gniewny i po prostu aż kipi tym gniewem. Zresztą już po pierwszym telefonie wyczułam w nim człowieka, który nie lubi ludzi. Mimo to zdecydowałam się i stanowczo nie żałuję. Przeżyłam tam mnóstwo ciekawych przygód, poznałam powierzchownie sporo ludzi, gadałam sobie swobodnie z wieloma klientami, uczyłam się (z sukcesami i porażkami) być odpowiedzialna, być miła i asertywna wobec kupujących, empatyczna i niezawodna wobec zmienniczki, która z kolei dla mnie jest bardzo dobra, obserwowałam sobie z bezpiecznego miejsca różne relacje i zachowania i odprężałam się przy powtarzalnych czynnościach – liczeniu, metkowaniu… Ciśnienie często mi rosło, ale były to bardzo nieosobiste wzrosty ciśnienia, jakbym była tylko sprzedawczynią, a nie Agnieszką. A poza tym, mimo że szef taki gniewny, to po pierwsze istniał głównie w kamerach, a po kolejne nie było zwykle problemu z czytaniem w wolnych chwilach, jedzeniem i piciem kawy i herbaty, przychodzeniem rano do 5 minut po czasie i wychodzeniem równo z końcem czasu. I najprzedewszystkim – byłam tam sama, sama w budzie, pół-schowana za ściankami.

Poza tym mam teraz robotę na kilka dni – uzupełniam pozwy sądowe nowymi danymi. Tam już są ludzie, ale na szczęście wkrótce to się skończy. Tyle to jeszcze mogę wytrzymać. A nie jest to łatwe, bo czasem trzeba gadać i prosić o pomoc, ale też nie takie trudne, jak mi się wydawało. No i nadal mam czasem korki z sąsiadem z góry.

W ten sposób mam gotówkę, ale niestety spora część idzie na gotowe jedzenie w czasie pracy. To bez sensu – wiem. Poza tym teraz mam dostać z budy ponad 1000, a z pozwów pewnie też przynajmniej 200, czyli najwięcej w moim życiu, a w ogóle tego nie traktuję jak bogactwo. Już widzę te wszystkie nagle objawione wydatki i podejrzewam, że nie starczy mi to na długo. A jakbym miała więcej, to też więcej bym musiała dawać, więc lipa z tym zarabianiem, ale konieczna lipa.

Co się nie zmieniło? Po pierwsze nadal rozpaczam i umieram ze strachu albo z poczucia winy kilkadziesiąt razy na dobę. Po drugie studia są nieogarnięte kompletnie i totalnie. Porządku w pokoju też nie ma. I w domu też nie.

Studia. Tak się boję! O co chodzi? O kilka rzeczy.

Po pierwsze ogun internetowy. Zaliczenie jest w środę o 17:10. Nic nie umiem. Mam wielkie braki w testach bieżących (zrobiłam tylko jeden na nie-wiem-ile) i przez to muszę mieć chyba ze 100% punktów. Jak nie, to przez ten ogun mogę nie zdać studiów chyba. Porażka totalna. I trzeba powiedzieć zmienniczce, że w środę nie mogę przyjść i czy w zamian mogę przyjść na cały czwartek czy coś takiego… Napisałam smsa. Dzięki temu blogowi odważyłam się już teraz to zrobić. A teraz drżę w oczekiwaniu na odpowiedź! Bo raz ta pani ode mnie czegoś chciała, a ja się nie zgodziłam, bo wmówiłam sobie, że nie mogę, a w sumie bym może mogła? A może nie? Chodziło o to, że już się zobowiązałam, że będę pisać pozwy i że powinnam robić jak najwięcej i jak najszybciej. Zmienniczka jeszcze milczy. A nawet gdybym była niezawodna, to i tak teraz bym drżała. Boję się strasznie.

Co jeszcze? Jeszcze egzamin z literatury najnowszej. Nie wiem nawet, kiedy egzaminuje profesor! Wiem tylko, że ma dyżur w tej sesji o 12.45 w tę środę. Potrzebowałabym jeszcze ewentualnie wpisu od dziekana, że mogę zdawać ten egzamin, bo na gębę już się zgodził. Muszę jutro zadzwonić do dziekanatu i spytać, kiedy egzaminuje ten profesor.

Zalegam z książkami w BUW-ie kilka dni.

I najgorsze, choć i powyższe straszne – MA G I S T E R K A. Szczerze pisząc – kompletnie zwątpiłam, że ją napiszę. Mój promotor chyba też. Chyba jest obrażony. Ostatnio nie odpowiedział na nieme powitanie – odwrócił głowę! Nawet nie zdążyłam nic powiedzieć! Jestem pewna, że jest urażony moim kilkumiesięcznym milczeniem i łamaniem umów terminowych! Boję się! Boję się iść do niego z pustymi rękami! Boję się każdej godziny, gdy mnie u niego nie ma. Może napiszę cokolwiek i pójdę – TEŻ W TĘ ŚRODĘ? A może – może… nie wiem. Wydaje mi się, że nie ma szans nagle na nic. Spokój. Spokój. Trzeba tak: dziś popiszę magisterkę. Jutro poniedziałek. Cały dzień w robotach, potem spotkanie z Kasią. We wtorek i środę oleję pozwy… Zmienniczka odpisała!!! Odpisała: ,,jak Ci wygodnie”. Przez chwilę poczułam dziki lęk, że to ironiczna uwaga, ale przecież to irracjonalne. To oznajmienie, żebym napisała, jak wolę. Wolę iść w samo południe do roboty, a nie na cały dzień, ale ona będzie zmęczona po całym dniu i musiałaby zaraz wstawać rano. Z drugiej strony nie chce, żeby jej zabierano godziny. Napiszę, jak wolę i powiem, że mogę się również dostosować. Ale i tak mam poczucie winy, bo nie mam zamiaru – bez względu na wszystko – przychodzić w środę na rano na kilka godzin.

Dobra – to tak. Jutro nic nie robię na studia, bo roboty i Kasia. Postaram się być szybka przy pozwach. I być tam najwcześniej, jak się da, i odpocząć wieczorem. We wtorek oleję pozwy i w środę też. W czwartek i piątek tam przyjdę, jeśli jeszcze będę potrzebna. Cały wtorek będę się uczyć albo pisać magisterkę… tyle że we wtorek o 16 mam jeszcze robotę.

A teraz? A dziś? Jest 21:04. 21:16, bo telefon. O, przypomniało mi się, że jeszcze ktoś dzwonił. Ale jak już pozałatwiam wszystko i odeprę wszystkie wymówki bądź im ulegnę – dziś chyba zajmę się w końcu tą magisterką. Bo co? Jak będę dziś miała choćby 1/4 rozdziału, to może jakimś cudem do środy będę miała cały? Nie wiem. Wątpię. No i nauka na zaliczenie oguna. I oby egzaminy u profesora były po środzie!

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz